Articles for the Month of Maj 2018

Hemis i Rancho’s School w Shey

18 lipca 2016 r.
Wczesnym rankiem byliśmy umówieni z Sonamem na kolejną całodzienną wycieczkę po okolicach Leh. Tym razem miały to być miejscowości Hemis, Thiksey i Shey. Niestety Sonam nie zjawił się i nie odbierał telefonu. Trzeba było organizować sobie nową taksówkę. Najpierw jednak postanowiliśmy pójść do pobliskiej restauracji na śniadanie. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, ale zafundowałam sobie śniadanie po francusku. Zamówiłam kawę z mlekiem, croissanta z dżemem i na dobitkę ciacho z czekoladą z „German Bakery”. Taki wybryk, który już do końca wyjazdu nie powtórzył się 😀
Udało się dogadać z innym taksówkarzem (generalnie koszty takich wyjazdów jak na warunki Indyjskie nie były małe). Dla odmiany miał na imię… Sonam, więc od razu otrzymał ode mnie przydomek „II”. Sonam II był siwym, małym, milczącym dziadkiem, nie mówiącym po angielsku. Jedynym językiem ułatwiającym nam komunikację był hindi. Taksówką był czarny mini busik bez radia. Wiało straszną nudą. Pogoda też była jakaś szaro-bura. Nidhin narzekał, że przez taką aurę, która towarzyszy nam od początku podróży, nie zrobił ani jednego dobrego zdjęcia – cytuję! No cóż, nie od dziś wiadomo, że światło w fotografii jest bardzo istotne, ale bez przesady.

Hemis, okolice klasztoru, Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Dojechaliśmy do Hemis, położonego na zachodnim brzegu rzeki Indus, w odległości ok. 45 km od Leh. Klasztor, do którego przyjechaliśmy był chyba najsłynniejszym obiektem tego typu w Ladakhu. Został on założony prawdopodobnie w XI w. i reaktywowany w 1672 roku przez króla Ladakhu Sengge Namgyal. Klasztor należy do tybetańskiego zakonu zwanego Dugpa lub „Red Hat Sect”. Jeśli mogę Wam coś doradzić, to najlepszym czasem na odwiedzenie tego miejsca jest czerwiec, kiedy to na terenie klasztoru odbywa się festiwal Padmasambhava (Guru Rinpoche). Co 12 lat święto jest obchodzone najhuczniej. Na światło dzienne wystawiana jest jedwabna „thanga” (gobelin), wywieszana na murze klasztornym z podobizną Padmasambhava.

Klasztor w Hemis, Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Klasztor w Hemis, Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Zwiedzanie z Nidhinem rozpoczęłam od wizyty w przyklasztornym muzeum. Szczerze? Średnio było ono ciekawe. Następnie postanowiliśmy spenetrować obiekt rozdzielając się. Zobaczyłam wnętrze klasztoru jak i wszystkie najciekawsze miejsca wokół i powiem Wam, że byłam lekko rozczarowana. Czasami tak to już jest, że człowiek naczyta się cudowności w Internecie, wyobraźnia pracuje, a zderzenie z rzeczywistością jest okrutne. Znudzona, postanowiłam poczekać na kolegę tuż przed głównym wejściem do świątyni.

Klasztor w Hemis, Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

W pewnym momencie obserwując turystów na klasztornym dziedzińcu usłyszałam polską mowę. Zamarłam. Tak, nie wydawało mi się. Wyraźnie słychać było jak przewodniczka opowiada historię klasztoru bardzo małej grupce białych ludzi. Kiedy skończyła mówić, nie wytrzymałam i podeszłam do trzech turystów z Polski. Nie powiem, ucieszyłam się, że mogę z kimś porozmawiać w ojczystym języku. Wymienialiśmy wrażenia z Ladakhu na gorąco. Zapytali mnie, czy wiem o napiętej sytuacji w Kaszmirze. Opowiedziałam im swoją rozmowę z Konsulem. Sami przyznali, że grupa ich przebookowała powrotny lot z Śrinagaru do Delhi na lot z Leh za niemałe pieniądze. W tym momencie podeszły do nas pozostałe osoby z ich grupy, w tym, ku mojemu zaskoczeniu Jarosław Kuźniar (dziennikarz, prezenter telewizyjny i radiowy, najbardziej chyba kojarzony z TVN24). Bez zbędnych ceregieli wyciągnął na powitanie rękę i powiedział do mnie  – „cześć”. Nie powiem, było to miłe. Porozmawialiśmy chwilę, wyraźnie był zaintrygowany faktem, że do Ladakhu przyjechałam indywidualnie. Ku swojej naiwności pomyślałam, że redaktor Kuźniar spędza swój urlop podróżując z wycieczką. Potem dopiero przeczytałam, że jest dokładnie odwrotnie. To pozostałe osoby spędzały urlopowy czas z nim i jego biurem podróży GoForWorld. Jakoś tak głupio mi było poprosić o wspólne zdjęcie, stąd tylko zapytałam, czy mogę zrobić im fotę na pamiątkę spotkania. Bez problemu zgodzili się.

Redaktor Jarosław Kuźniar z ekipą GoForWorld. Klasztor Hemis Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Kiedy przyszedł Nidhin podekscytowana opowiedziałam mu o spotkaniu. Natychmiast zgasił mój zapał kwitując, że zupełnie nie rozumie tego mojego podniecenia tą sytuacją. No cóż, pewnie „dziwna” jestem, dla mnie jednak była to niecodzienna przygoda w odległych Himalajach 😛

W ulubionej gorczycy na tle buddyjskiej stupy. Hemis, Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska / Photo courtesy of N.Poothully

Kolejnym miejscem, do którego pojechaliśmy był klasztor Thiksey. Wróciliśmy do niego raz jeszcze kilka dni później, więc historię tę zostawię na oddzielny post.

Rancho’s School, Shey, Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Z Thiksay wyruszyliśmy do Shey. Mieści się tam „The Druk Padma Karpo School” (The Druk White Lotus School). Nie byłoby nic w tym nadzwyczajnego gdyby nie fakt, ze miejsce to jest związane z jedną z najsłynniejszych i najbardziej kasowych bollywoodzkich produkcji pt.: „3 Idiots” (2009 r.) z Aamir Khanem (Rancho) w roli głównej. Jest to jeden z zabawniejszych indyjskich filmów jakie widziałam. Polecam, zwłaszcza, że niemal cała fabuła rozgrywa się w Ladakhu.

The Druk Padma Karpo School, Shey, Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Bollywood tu był! Trzech idiotów i indiotka 😀 Shey, Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Hindusi zrobili ze szkoły atrakcję turystyczną i z przewodnikiem, w małych grupach można wejść na teren placówki. Każdy, kto oglądał film pamięta zabawną scenę pod budynkiem szkolnym. Namalowano tam graffiti i teraz jest to miejsce, w którym każdy fan tego filmu chce zrobić pamiątkowe zdjęcie. Zrobiłam i ja 😀

Kto widział film „3 Idiots”, wie o co chodzi :D, Shey, Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Przy słynnej ścianie w Rancho’s School, Shey, Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Z Shey wróciliśmy do Leh. Sonam II dostał od nas dodatkowe pieniądze za podwózkę do pałacu w stolicy Ladakhu. Zabytek był obowiązkowym punktem zwiedzania tego miasta, ale o nim opowiem w kolejnym poście.

poprzednie posty z tej samej podróży:

http://rajzefiber.com.pl/festiwal-polo-ladakh-2016/
http://rajzefiber.com.pl/matho-stok-i-baktriany/
http://rajzefiber.com.pl/ladakh-kraina-wysokich-przeleczy/
http://rajzefiber.com.pl/keylong-aklimatyzacja/
http://rajzefiber.com.pl/w-drodze-do-keylong/
http://rajzefiber.com.pl/z-hajerem-w-manali/
http://rajzefiber.com.pl/manali/
http://rajzefiber.com.pl/dharamsalamcleod-ganj-sladami-dalajlamy-cz-2/
http://rajzefiber.com.pl/dharamsalamcleod-ganj-sladami-dalajlamy-cz-1/
http://rajzefiber.com.pl/no-to-jadymy/

Festiwal Polo – Ladakh 2016

17 lipca 2016 r.

Uwielbiam konie i na mojej liście marzeń zawsze było obejrzenie meczu polo w niecodziennej, górskiej scenerii. Co prawda myślałam o najsłynniejszym festiwalu w okolicach Przełęczy Shandur (w regionie Chitral, w Pakistanie), ale w końcu tradycja polo w indyjskim Ladakhu jest niemalże tak samo długa i silna, o czym za chwilę opowiem. Przed wyjazdem do Ladakhu sprawdziłam w Internecie jakie festiwale odbywają się w terminie mojej podróży. Aż oczy mi się zaświeciły z radości, kiedy na liście zobaczyłam festiwal polo. Był to sześciodniowy festiwal (11-17 lipca 2016 r.) w wiosce Chushot Gongma położonej 13 km od Leh. Oczywiście w pierwszym dniu pobytu w Leh dopytywałam o to wydarzenie. Moja radość była ogromna, gdy dowiedziałam się, że właśnie tego dnia odbywa się mecz finałowy. Nie było innej opcji, musiałam na tym meczu być.

Pakistan 2017

Czas płynie nieubłaganie… Minęło już wiele miesięcy od mojego powrotu z Pakistanu. Trudno zatem mówić o wrażeniach na gorąco, ale mimo upływu czasu wspomnienia nadal są żywe. To, że chciałam kiedyś wrócić do tego kraju było pewne, natomiast decyzja o wyjeździe w lipcu ubiegłego roku była bardzo spontaniczna. Organizacja wyprawy ruszyła z kopyta pod koniec maja. Jak zwykle największym problemem było uzyskaniem wizy. Pozwólcie, że przemilczę szczegóły dotyczące tej kwestii, być może kiedyś do tego powrócę w opowieściach. Wiadomość o otrzymaniu wizy dostałam dosłownie na 4 dni przed planowanym wyjazdem. Tak więc wiara w „niemożliwe” opłaciła się. Zaczęło się gorączkowe szukanie biletu lotniczego, pakowanie i w końcu wyjazd do ambasady w Warszawie. Wszystko dosłownie w ciągu jednej doby. Powiem Wam było warto!