Ale jazda – cz.2

xxDSC_1005Dla przypomnienia rzecz się działa w autobusie z Pushkaru do Jodhpuru (odc. 1 z dn. 23.11.2014 r.). Ruszyliśmy. Autobus powoli mijał znane mi miejsca w Pushkarze. Trochę żal było opuszczać to miasto. Tyle tu się działo pięknych rzeczy… Pocieszała mnie myśl, że za to przede mną Niebieskie Miasto, które tak bardzo chciałam zobaczyć. Opuściliśmy granice miasta, no i zaczęło się! Autobus wjechał na polne bezdroża. Jezu drogi, jak trzęsło! Tego nie da się opisać. Dzieci w autobusie zaczęły płakać. Okna uchylone, bo pojazd wypchany był po brzegi. Całą podróż wiatr smagał mi twarz i targał włosy. Od czasu do czasu udawało mi się lekko przymknąć okno, które po chwili i tak sama otwierałam. Przede mną siedział Hindus (wiem, wiem powinnam mówić Indus, ale jakoś mi to nie pasuje), wyglądem nieco odbiegał od pozostałego towarzystwa. W szybie widział moją beznadziejną minę i od czasu do czasu posyłał mi do tej samej szyby uśmiech. Widząc z jak małą prędkością poruszał się pojazd, zapytałam chłopaka, czy aby na pewno dojedziemy do Jodhpuru po 6,5 godzinach. Usłyszałam odpowiedź twierdzącą. Miałam nadzieję, że mówi prawdę, bo nawet i to byłoby za wiele. Przy takich wertepach jak w banku będę mieć chorobę lokomocyjną. To, po czym jechał autobus ciężko było nazwać drogą. To była jakaś ścieżka pomiędzy polami. Zatrzymywaliśmy się w każdej najmniejszej wiosce. Ludzie bez przerwy dosiadali się. Pomocnik kierowcy kiedy już wpuścił kolejnych pasażerów, robił rundkę po autobusie i zbierał pieniądze za przejazd. Nie mam pojęcia dlaczego tego nie czynił przy wejściu. Robiło się coraz bardziej gorąco. Mój radżasthański dziadek wysiadł bez słowa, a na jego miejsce usiadła zawoalowana, chuda kobieta.

xDSC_1003

Autobus Pushkar – Jodhpur i kolejna moja sąsiadka. Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Nagle siedząca obok nas dziewczynka zaczęła wymiotować. Chyba nie muszę dodawać jaki zrobił się zapach… Po chwili na ten widok, zaczęło wymiotować drugie dziecko, chyba jej siostra. Siedzący przede mną wesołek obrócił się w moją stronę i rzekł: „Welcome to hell”, co znaczy ni mniej , ni więcej jak „Witaj w piekle”. W myślach syknęłam sama do siebie: „Harshul, zabiję Cię za ten bilet!”.  O Lakshmi i Lordzie Ganesh, miej mnie w swojej opiece! (na ścianie szoferki widniała podobizna tych bogów).

xDSC_1010

Lord Ganesh i Lakshmi na ścianie autobusu. Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Po tej dramatycznej części nabrałam indyjskiego luzu, no bo jak nie mam na to wpływu i muszę tu jakoś wysiedzieć, to trzeba to potraktować jako przygodę, której w życiu nie przeżyłabym w Polsce. Ludzie wsiadali i wysiadali. Wysiadła moja sąsiadka, a ja pierwszy raz w życiu błagałam obcego faceta (mam na myśli tego przede mną), by usiadł obok mnie. Chłopak niewiele namyślając się, w pośpiechu przecisnął się przez tłum na korytarzu i z uśmiechem usiadł obok mnie. Przedstawiliśmy się sobie. Miał na imię Mangal. Jak się okazało od dwóch dni był w podróży. Jechał spod Mumbaiu do Jodhpuru, do swojej narzeczonej. Dziewczyna ma na imię Warsa. Chyba domyślacie się dlaczego zapamiętałam to imię 🙂 Małżeństwo było oczywiście aranżowane, ale przyszła żona, jak twierdził, bardzo mu się podoba. Zapytałam kiedy ślub, odparł: „Za dwa lata”. „To się chłopie najeździsz” – pomyślałam. Nawet dostałam zaproszenie na wesele. Fajnie by było być na nim 🙂 W Pushkarze Mangal zrobił sobie przystanek. Przed świtem, a zarazem przed odjazdem autobusu, pobiegł pomodlić się do słynnej świątyni Brahmy. Tak więc do samego Jodhpuru rozmawialiśmy o różnych rzeczach. O tym co oglądaliśmy przez szybę autobusu, o tym co w życiu robimy, o naszych zwyczajach, kulturze, o Indiach, o Polsce. Zapamiętałam z jakim szacunkiem mówił o swoich rodzicach. Powiedział: „Dla mnie rodzina jest najważniejsza, bez rodziny byłbym nikim”.  Myślę, że to mogłaby powiedzieć większość mieszkańców Indii. Tu nawet macho rozczula się publicznie nad obcym dzieckiem. To są wartości coraz bardziej obce zachodniemu światu. Mangal okazał się wesołym kompanem w tej podróży. Zapamiętam jego śmiejące się, czarne oczy z długimi jak u wielbłąda rzęsami. Niestety jak do tej pory nie odnaleźliśmy się na Facebooku ja to sobie obiecaliśmy. Oboje mamy zbyt popularne w swych krajach nazwiska.

xDSC_1008

Nieustannie zachwycam się rysami twarzy dojrzałych mężczyzn z Rajasthanu. Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Mijaliśmy kolejne wsie. Kierowca co parę sekund naciskał klakson, który odgrywał upiorną melodyjkę. Nawet przez chwilę pojawiały się asfaltowe drogi, ale z ogromnymi dziurami. W autobusie pojawił się radżasthański mężczyzna z dzieckiem na ręku. Wsiadła też zjawiskowo piękna dziewczyna w czerwonym woalu.

xDSC_1004

W szczerym polu weszła do autobusu radżasthańska nimfa. Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Następna kobieta, kompletnie zasłonięta materiałem w paski, z ogromnymi bransoletami na rękach i nogach. Siedząca po przekątnej śliczna dziewczynka, cały czas posyłała mi uśmiechnięte spojrzenia w nadziei, że spojrzę na nią i odwzajemnię uśmiech. W tle leciały indyjskie przeboje. Z ruchu ust widziałam, że dziecko zna na pamięć słowa piosenek.

xDSC_1006

Takich ludzi możecie zobaczyć tylko w Rajasthanie! Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

xDSC_1009

Uśmiechnij się do mnie cudzoziemko 🙂 Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Na kolejnym przystanku wsiadła kobieta w workiem zboża. Wcisnęła worek na półkę nade mną i zboże z pyłem przy każdym pochyleniu drogi sypało mi się na głowę. Pod koniec drogi do autobusu wsiadła kobieta, która chodziła z miską po korytarzu i głośno krzycząc zbierała datki. Jak się dowiedziałam od Mangala, była to wdowa, która tak zarabiała na życie. Wykrzykiwała jakieś niestworzone rzeczy, bo ludzie chichotali pod nosem. Powoli wjechaliśmy na obrzeża Jodhpuru. Boże, jakoś żyję, bez odchorowania tej drogi (dziękuję Brahmo, żeś mnie miał w swojej opiece, i że nie zjadłam śniadania). Zatrzymaliśmy się w dziwnym miejscu, po prostu na ulicy. Ja i mój kolega z Jodhpuru byliśmy pewni, że będzie to dworzec autobusowy, a tu niespodzianka. Na szczęście Mangal wyjaśnił mu przez telefon gdzie stoję. Poszłam po swój plecak do luku bagażowego. Czegoś takiego świat nie widział, 3 kg piachu i kurzu, a przecież mój bagaż miał bilet hahaha. Dobrze, że plecak był w ochraniaczu. Mangal poczekał do momentu, aż podjechał mój kolega Suresh. Przedstawiam ich sobie i pożegnaliśmy się. Przesiadłam się z plecakiem na motocykl (jestem fanką jazdy tym pojazdem w Indiach!) i tak skończyła się moja pierwsza w tym roku, indyjska jazda autobusem.

xDSC_0320

Trasa Jodhpur – Udaipur. Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Pierwsza, ale nie ostatnia. No może następne nie były już tak barwne, bo nauczona doświadczeniem bardziej zwracałam uwagę czym będę jechać. W Jodhpurze zapewniono mnie, że mój autobus do Udaipuru będzie przyzwoity. To fakt, o klasę lepszy, z rezerwacją miejsc. Poprosiłam o miejsce siedzące i chwała Bogu, że podjęłam taka decyzję. Były tam tzw. sleepery do leżenia u góry autobusu i jak się później okazało zapakowano w nie tyle ludzi ile się da. Do tego tradycyjne stał tłum ludzi w korytarzu. Sprzedawca biletu nie powiedział mi jednej małej kwestii. Skąd będzie odjazd. Ja za oczywiste uznałam, że tym razem będzie to pobliski dworzec autobusowy. W dniu wyjazdu przytomnie jednak zapytałam rikszarza pokazując mu bilet, gdzie jest przystanek tego przewoźnika. Ku mojemu zdziwieniu człowiek ten tylko wzruszał ramionami i kręcił głową, że nie wie. No to super! Szósta rano, żywej duszy, tylko dwie riksze i ja z plecakiem. Nagle podbiegł starszy pan, który uprawiał poranny jogging. Zapytał mnie w czym może pomóc i wdał się w konwersację z rikszarzem. Dokładnie wytłumaczył mu gdzie ma mnie zawieźć i po mojej negocjacji ceny dojazdu ruszyliśmy. Zadupie totalne, ale uratowana, to rzeczywiście był ten przystanek. Pusty „przystanek” jeśli to coś można tak nazwać i troje naiwnych turystów, którzy dali się namówić na ten autobus: ja, Chińczyk (ooo… to jest cała oddzielna historia z nim związana) i mega niesympatyczny Angol. 30 minut do odjazdu. Co to robić? Oczywiście chai masala 🙂 tym razem z herbatnikami. Widzę, że Chińczyk z mega grubym przewodnikiem Pascala pod pachą bierze ze mnie przykład. Po chwili Angol też. W końcu podjechał autobus, zajęłam miejsce i widzę, ze Chińczyk z obłędem w oczach próbuje znaleźć swoje miejsce. Ulitowałam się nad kolegą, okazało się, ze siedzi przede mną. Droga do Udaipuru była zdecydowanie lepsza, co nie znaczy, że nie trzęsło jak cholera. Wszystkie robione zdjęcia w autobusie są zamazane 🙁 Autobus napakowany do granic możliwości. Tym razem przystanki były tylko w większych miejscowościach. Ludzie rotowali się nieustannie.

xAle jazda

Radżasthańska biżuteria. Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Do podróżujących dołączyła pięknie ubrana stara Hinduska z glinianym dzbanem w ręku.  Zaoferowałam się potrzymać go, by kobiecie było łatwiej. Trzymała w nim wodę, blaszany kubek i coś tam jeszcze. Babcia w końcu usiadła na podłodze tuż obok mnie. Było mi jakoś głupio, że ja siedzę, a ona nie. Po pewnym czasie usiadłam obok niej na podłodze i rozmawiałyśmy ze sobą każda w swoim języku i na migi. Zapytała gdzie mam szal. Przecież każda szanująca się kobiet go nosi. A dlaczego nie mam biżuterii? Takie małe kolczyki?! Jak to? Ona ma duże, błyszczące. Zaczęłam je oglądać. Babcia wyjęła kolczyk z ucha i podała mi go. Słuchajcie! W płatku usznym miała ogromną dziurę! Kolczyk miał z tyłu duży bolec, który wkładało się w tę dziurę. Ażeby koczyk trzymał się, do świecidełka przyczepiony był sznurek, który zakładało się od góry na ucho. Hinduska miała też kolczyk w nosie. Bransolety w dużej ilości na rękach i nogach. Pokazała mi z dumą swoją tikkę, czyli ozdobę zakładaną na głowę, w miejscu, gdzie na środku głowy zaczyna się przedziałek. Było to spory klejnot umocowany dwoma sznurkami, które wiązała po bokach głowy oraz sznurkiem biegnącym po przedziałku, wplecionym w warkocz. Babcia zdjęła ozdobę z głowy i zaczęła zakładać ją na moje włosy, które dotykała z zaciekawieniem. Mówię Wam, co było przy tym radości! Wzbudziło to też wesołość u pozostałych podróżujących, w tej części autobusu. Zapytałam, czy mogę zrobić jej na pamiątkę zdjęcie. W drodze wyjątku zgodziła się na zdjęcia biżuterii, ale bez fotografowania twarzy. Idąc „za ciosem” nawiązałam „rozmowę” z kolejną kobietą, która miała na sobie ogromną ilość bransolet. Dziwnych, bo na rękach plastikowych. Na nogach bardzo szerokich, ciężkich, srebrnych. Na migi zapytałam ją, czy w nich śpi. Potakiwała głową twierdząco. Udało mi się namówić ją do pozowania do zdjęcia za długopis, ale tak trzęsło pojazdem, że w efekcie zdjęcie wyszło totalnie zamazane, mimo to, zaryzykuję pokazać je Wam.

xDSC_0713

Przystanek w sklepie meblowym 😀 Jodhpur Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Ostatni autobus na trasie Udaipur – Ahmedabad to był prawdziwy „wypas”. Zafundowałam sobie Volvo Bus jadący do Mumbaiu i tzw. sleeper (upewniłam się kupując bilet, czy mi na to miejsce nie dokwaterują z pięciu Hindusów 😀 ).  Leżałam sobie jak ta księżniczka radżasthańska.

xDSC_0721

Leżę sobie w „sleeperze” do Ahmedabadu. Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Był tylko jeden malutki problem: nikt poza kierowcą z obsługi auta nie mówił po angielsku, a przystanków w Ahmedabadzie było kilka, w końcu to 6 mln stolica stanu. Tak więc kierowca w czasie jazdy rozmawiał z moim kolegą z Ahmedabadu (miał mnie odebrać o 11-tej w nocy z przystanku, który nie był napisany na bilecie). Harshul pytał tego człowieka gdzie autobus zatrzymuje się i gdzie powinnam wysiąść. W całej tej akcji pomagał mi Hindus, którego poznałam na przystanku (był to sklep meblowy!) w Udaipurze. Jak zwykle mam szczęście do natrafiania na fajnych ludzi na swojej drodze. Tam też spotkałam troje przesympatycznych Szwajcarów z mojego guest house’u. Przez godzinę do odjazdu autobusu zaśmiewaliśmy się z przygód w tym kraju i opowiadaliśmy sobie o trasach swoich podróży. W Indiach byli po raz pierwszy i było to dla nich totalnym szokiem. Nie dziwię się, dla mnie Indie i Szwajcaria to dwa skrajne bieguny.

xDSC_0184

Milan i jego pick-up. Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Ostatnią część mojej trasy po Indiach, a więc Ahmedabad – Palitana – Park Narodowy Gir – Ahmedabad spędziłam w towarzystwie mojego przyjaciela fotografa – Milana. Wspólnie przemierzyliśmy 1000 km czerwonym pick-up’em. Nigdy nie zapomnę jak podczas wielogodzinnej jazdy bez radia, umilaliśmy sobie podróż śpiewaniem na zmianę znanych sobie piosenek. „Hej, sokoły” w tych okolicznościach przyrody brzmiały naprawdę egzotycznie 😀

Ciekawa jestem moi drodzy czytelnicy, jakie to Wy mieliście przygody na szlakach, które przemierzaliście.

4 comments on “Ale jazda – cz.2

  1. cornelya

    Pięknie Księżniczko 🙂 Rozmarzyłam się …
    Trzeba przyznać, że faktycznie przyciągasz dobrych ludzi, dobre dusze, dobre anioły 😉
    Fantastyczna przygoda!

  2. Jozi

    Podróże lokalnymi środkami komunikacji to dla mnie prawdziwy rarytas.Dopiero wówczas można poznać środowisko a kontakty z miejscowymi dają bogactwo wiedzy.Podoba mi się ten sposób narracji ponieważ oddaje faktyczne doznania w podróży.Zawsze staram się drugi tydzień w wyjazdach przeznaczać na podróże indywidualne środkami różnymi i to cenię najbardziej.W 2013 roku w Maroku na trasie Agadir -Taghazout ,jak autobus miejski przyhamował- paluszek doznał złamania i tyla….pomimo,że nawierzchnia drogi była bez zarzutu. Zazdroszczę tej podróży sleepingiem.Marzę aby kiedyś także w Polsce były podobne autobusy.

    1. Rajzefiber

      A to Ci historia Jozi! Palec mam nadzieję okay. „Sleeperów” nie mamy, ale nasze autobusy mimo wszystko ździebko lepsze 🙂