Dharamsala/McLeod Ganj – śladami Dalajlamy – cz. 1

09-10 lipca 2016 r.
Kangra Airport przywitało nas burzową pogodą. Już w pierwszej chwili poczułam ciepłe, wilgotne powietrze, charakterystyczne dla pory monsunowej. Odetchnęliśmy z ulgą po koszmarnym locie ATR-em. Teoretycznie mogliśmy zatrzymać się w Dharamsali, ale uparłam się, by nocować w McLeod Ganj, położonym około 6 kilometrów od tego miasta. Czytałam, że jest to o wiele ciekawsze miejsce, z dobrą infrastrukturą noclegową. Na lotnisku pytaliśmy miejscowych jak się tam dostać. Tu upadł mit, że Nidhin nie włada językiem hindi. Kłamczuszek jeden! 😛 Hindi pozwala na porozumiewanie się ludzi z różnych stanów Indii, nie licząc oczywiście drugiego języka urzędowego – angielskiego, którym nie wszyscy jednak mówią. Do pokonania mieliśmy 28 km i były dwa rozwiązania: wynająć taksówkę za 1000 Rs, albo łapać lokalny autobus do Dharamsali, który kursuje nieregularnie i nikt tak naprawdę nie wie kiedy będzie najbliższe połączenie. Oczywiście Nidhin zapytał mnie co robimy. Ja wyluzowana i szczęśliwa, że jestem w Indiach odparłam: „Mamy czas, więc nie będziemy niepotrzebnie wydawać kasy na taxi. Autobus!”

Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Dharamsala Kangra Airport, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

No to „JADYMY”!

keep-calm-and-go-to-india-99Minęły dwa tygodnie od powrotu z Kerali, a ja znowu kupiłam bilet do Indii! Pomysł na szóstą już podróż, powstał w trakcie wspólnej wędrówki z Nidhinem (moim przyjacielem fotografem z Koczin), na przełomie stycznia i lutego br. Już jakiś czas temu marzyła mi się daleka północ Indii, a mianowicie Ladakh określany Małym Tybetem oraz piękny Kaszmir. Byłam przekonana, że tego lata nadszedł najlepszy czas na taką wyprawę. Kiedy w pozostałej części Indii leje jak z cebra, ponieważ jest to czas monsunu, tak w krainie położonej pomiędzy pasmem Himalajów, a Karakorum panuje zazwyczaj przyjemna, słoneczna pogoda, a co najważniejsze drogi są przejezdne (sezon trwa krótko, bo zazwyczaj od czerwca do początku września). Żeby zrealizować taką podróż konieczny jest dłuższy urlop, a szansa na otrzymanie go w mojej branży jest największa właśnie podczas polskich miesięcy wakacyjnych. Zapytałam Nidhina, czy chciałby ze mną pojechać, w końcu dla niego to też byłaby egzotyczna podróż, a na północy nigdy jeszcze nie był. Ku mojej radości zgodził się natychmiast, szefowa też zgodziła się na urlop, więc w te pędy, tym razem nie zwracając uwagi na cenę, kupiłam bilet tureckich linii lotniczych do New Delhi (bilety do stolicy są zazwyczaj droższe od tych do Mumbaiu). Zdecydowałam się na termin lotu na 9 lipca, celowo wybierając początek podróży po Ramadanie (Kaszmir zamieszkują głównie muzułmanie).

Do sześciu razy sztuka?

I znowu w mojej ulubionej „musztardzie”! Hemis, Ladakh, Indie, lipiec 2016

I znowu w mojej ulubionej „musztardzie”! Hemis, Ladakh, Indie, lipiec 2016

Minął już tydzień od mojego powrotu z szóstej podróży do Indii. Lipiec 2016 r. Była to bez wątpienia najcięższa wyprawa jaką tam przeżyłam do tej pory. Chyba pod każdym względem… Trudności rozpoczęły się już przed wylotem. Na 10 dni przed wyjazdem doszło do zamachu terrorystycznego na lotnisku w Stambule, a więc dokładnie tam, że miałam przesiąść się na samolot do New Delhi. Fakt ten specjalnie nie zdziwił mnie, ponieważ już tradycyjnie zawsze coś niedobrego dzieje się w miejscach, do których podążam. Chyba kiedyś muszę te wydarzenia opisać, zebrało się tego naprawdę sporo. Z reguły incydenty te nie miały wpływu na moje podróżowanie (wyjątek stanowił zamach w Mumbaiu w hotelu Taj, przez co do Indii w efekcie nie dotarłam na przełomie 2008 i 2009 r.). Tym razem stało się inaczej. Po zabójstwie dowódcy separatystów w Kaszmirze zabito 32 osoby, ok. 1365 osób zostało rannych. Wprowadzono stan wyjątkowy, region ten został odcięty od internetu i telefonii komórkowej. Druga część wyprawy miała odbyć się właśnie w Kaszmirze. Ja i mój indyjski towarzysz podróży Nidhin, mieliśmy kupiony lot powrotny ze Śrinagaru do New Delhi. Powagi sytuacji dodał telefon samego vice konsula RP w New Delhi, który odnalazł mnie po informacjach, jakie pozostawiłam rejestrując swą podróż, jak zawsze zresztą, na stronie MSZ „Odyseusz” (POLECAM! www.odyseusz.msz.gov.pl). Pan Konsul stanowczo odradził mi podróż do Kaszmiru, prosił o śledzenie informacji w mediach i na stronie naszego MSZ o sytuacji w tym regionie. Niemal do końca podróży mieliśmy nadzieję, że zamieszki tam ucichną i dotrzemy na lotnisko.

3500 schodów do nieba

Palitana Jeśli zapytacie mnie o najpiękniejsze miejsce w Indiach, bez zastanowienia odpowiem Palitana (stan Gujarat). Tak, tak, nie Waranasi, nie Agra, nie Puszkar, a właśnie pielgrzymka na świętą górę dżinizmu, to moje najpiękniejsze wspomnienie, jak do tej pory, z tego kraju. Pewnie dziwicie się dlaczego piszę o tym dopiero po 1,5 roku. Może dlatego, że chciałam jak najdłużej te chwile zostawić tylko dla siebie? 😉 W Palitanie, zwanej „Miastem Świątyń” zatrzymałam się z Milanem w domu wdowy po jego bracie, mieszkającej ze swoimi ślicznymi, dwiema córkami, Nini i Brindą w piętrowym domku z małym ogrodem. Czułam się z nimi znakomicie, może kiedyś o tym napiszę więcej. Po śmierci brata, na Milanie spoczęła opieka nad jego rodziną, w tym również finansowa. Po zwiedzeniu świątyni Hastagiri przyszedł czas na wypoczynek. Dostałam mega wielkie łoże na piętrze, ale długo nie dane mi było pospać. Pobudka była przed czwartą rano, by wschód słońca podziwiać ze szczytu góry Shatrunjaya. Dlaczego? Już Wam wyjaśniam.

Zachodzące słońce nad dżinijską świątynią Hastagiri

HastigriJadąc z Milanem do jego rodzinnego miasta Palitany (stan Gujarat) nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mnie tam spotka, co zobaczę i jakie to zrobi na mnie ogromne wrażenie po dziś dzień. Z Ahmedabadu dojechaliśmy na miejsce po południu. Jeszcze tego samego dnia ponownie wsiedliśmy do czerwonego pick-up’a, by przemierzyć kolejne 50 km do Hastagiri, gdzie na wzgórzu znajduje się dżinijska świątynia Hastagiri Jain Tirth.
Okolice te są świętymi miejscami dla wyznawców dżinizmu, celem wielu pielgrzymek. Początki tej jednej z najstarszych tradycji religijnych i filozoficznych w Indiach, starszej od buddyzmu, sięgają VII–VI w. p.n.e. Nazwa dżinizm pochodzi od słowa dżina, czyli „zwycięzca”, i odnosi się do duszy, która pokonała swoich „wewnętrznych wrogów”, osiągając stan wyzwolenia. Za twórcę tej religii uważany jest Parśwanatha. Dżiniści uznają go za dwudziestego trzeciego tirthanakara dżinizmu (sanskr.”budowniczy mostów” prowadzący do nirwany). Wardhamana Mahawira (dwudziesty czwarty z tirthankarów), żyjący w VI w. p.n.e. rozwinął nauki Parśwy i opracował tzw. pięć małych przykazań (anuvratas) obowiązujących wyznawców tej religii do dziś. M.in. takie zasady moralne jak niekrzywdzenie istot żywych, czy wegetarianizm, które tak bardzo kojarzą się z Indiami, to właśnie reguły dżinizmu.

Mundu – faceci w spódnicach

xxDSC_0139Będąc nie tak dawno temu w Kerali zafascynował mnie lokalny strój męski zwany mundu. Jest to rodzaj sarongu (lungi) wykonanego z bawełny w kolorze białym lub beżowym, ozdobionego u dołu paskiem zwanym kara. Kara może być w różnych kolorach. Mundu używane jest nie tylko  na co dzień ale i podczas różnego rodzaju uroczystości (wtedy pasek jest złoto haftowany i nazywa się kasavu). Mówiąc najprościej mundu to prostokątny kawałek materiału zawiązywany wokół bioder. Mężczyzna chwyta ten materiał za końce trzymając go za sobą i prawą część oplata wokół bioder, po czym to samo czyni z lewym końcem. Często dla wygody mężczyźni podwijają mundu do góry, zawijają je na pół i zatykają w pasie. Chcąc okazać szacunek kobiecie lub osobom starszym opuszczają materiał na dół, tak aby zakrył kolana. Tak więc mundu trochę przypomina szkocki kilt. Myślę, że taki strój w gorącym i wilgotnym klimacie jest wygodny i ma swoje uzasadnienie. Mnie osobiście bardzo się mundu podoba. A Wam?

Appam – przepis kulinarny

Appam to rodzaj naleśników / placków bardzo popularnych w południowych Indiach. Zajadałam się nimi podczas ostatniej podróży w Kerali i Tamil Nadu. Są one zrobione z sfermentowanej mieszanki ryżowej, smażone na specjalnym rodzaju  woka z przykrywką zwanym appachatti. Ma on kształt półokrągły, co sprawia, że wylane na niego ciasto jest chrupiące na brzegach, a puszyste pośrodku.

Appam, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Appachatti do smażenia appam, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Moje święto Holi w Indiach

Od wielu, wielu lat marzyłam, by najbardziej kolorowe na świecie święto „Holi” spędzić w Indiach. W 2007 roku przyjechałam do tego kraju o jeden dzień za późno. Mogłam już tylko zobaczyć wszechobecne na ulicach, ubraniach, a nawet na zwierzętach farby. W ubiegłym roku postanowiłam zrealizować to swoje marzenie i celowo wybrałam termin przylotu 5 marca, na dzień przed rozpoczęciem festiwalu kolorów.

Tak się bawi, tak się bawi Brzezińska :D Holi, 6 marca 2015 r., Ahmedabad, Indie © Magdalena Brzezińska

Tak się bawi, tak się bawi Brze-ziń-ska 😀 Holi, 6 marca 2015 r., Ahmedabad, Indie © Magdalena Brzezińska

Indie – kraina selfie

00Selfie, czyli tzw. zdjęcie „z rąsi”, „sweet focia”. Kto takiego zdjęcia nie zrobił choć raz w życiu niech pierwszy rzuci kamieniem!

Słowo „selfie” zyskało miano słowa roku 2013. Kiedyś autoportrety wykonywano za pomocą samowyzwalacza lub po prostu lustra. Z nadejściem nowej technologii, w dobie smartfonów to tylko jedno kliknięcie i fota gotowa. Ludzie uwielbiają robić sobie zdjęcia i natychmiast publikować  je na portalach społecznościowych. Ave Cezar,  Ave Ja 😉
Drugi powód to chęć uwiecznienia danego momentu, czyli my w danym miejscu. Tu i teraz. Na koncercie, w danym mieście, na tle zabytku, my i zwierzę itd. Kiedyś, kiedy nie było telefonów komórkowych ludzie pisali na murach: „byłem tu”, rzeźbili w drewnie swoje przesłania lub po prostu na drzwiach toalety zamieszczali swe złote myśli 😀

Nilgiri Mountain Railway – jedzie pociąg z daleka

01Podróż Nilgiri Mountain Railway (NMR), górską kolejką wąskotorową w indyjskim Tamil Nadu  planowaliśmy z NGP już na długo przed styczniowym wyjazdem. Jest to jedna z największych atrakcji turystycznych w tym regionie. Uwielbiana przez Hindusów w każdym wieku, a szczególnie przez młodzież i jak przeczytałam przez nowożeńców (romantyzm w najczystszej postaci). Kolej została zbudowana przez Brytyjczyków w 1908 roku (budowę rozpoczęto w roku 1854). Początkowo trasa należała do Madras Railway. NMR została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i dzięki temu zachowała charakter taki, jak sprzed lat, nawet bilety wydawane na stacjach są starego typu. Kolej tę obsługują lokomotywy parowe z minionej epoki. Tor NMR wynosi jedyne 1000 mm. W związku z tym, że trasa przejazdu rozpoczyna się na wysokości 326 m n.p.m., a kończy na 2203 m n.p.m, silnik lokomotywy zaopatrzony jest w koło zębate, które pomaga wspinać się na najbardziej stromym odcinku trasy.