Articles

Jak poznałam mojego nowego chłopaka

19 lipca 2016 r.
Wstał kolejny dzień w Leh, tym razem ku mojej radości, skąpany w przepięknym słońcu. Mieliśmy zaplanowaną kolejną, dla odmiany po poprzednim dniu, krótką wycieczkę w niedalekie okolice stolicy Ladakhu. W planach był klasztor Spituk, Magnetic Hill, Gurdwara Pathar Sahib, The Hall of Fame i Sangam Point. Na ten i kolejne dwa dni wynajęliśmy innego kierowcę, który na szczęście nie miał na imię Sonam 😀 Altaf był młodym, komunikatywnym, bardzo sympatycznym mężczyzną. Na dodatek tak jak ja, lubił słuchać muzyki podczas jazdy samochodem.
Pierwszym punktem naszej wycieczki był Sangam Point niedaleko wioski Nimmu. Cóż to jest takiego? To położony na drodze wiodącej z Leh do Kargil punkt widokowy, w którym łączą się ze sobą dwie potężne rzeki: Indus i Zanskar. Widok był rzeczywiście niecodzienny. Wyraźnie widać było dwa odmienne kolory rzek. Postanowiliśmy zjechać w dół, by przez chwilę popatrzeć na Indus. Kolejne moje marzenie, by zobaczyć tę rzekę na własne oczy, spełniło się. Każdy z nas już w szkole podstawowej uczył się o tej jednej z najpotężniejszych rzek świata. Dla przypomnienia Indus ma długość 3180 km. W górnym biegu płynie głęboką doliną pomiędzy Himalajami, a Hindukuszem i uchodzi do Morza Arabskiego, tworząc deltę o powierzchni około 8 tys. km². Zatrzymaliśmy się przy przystani, gdzie turyści mogli zafundować sobie atrakcję jaką jest rafting. Spacerując brzegiem rzeki zaczepił mnie starszy pan, oczywiście pytaniem skąd jestem. Na dźwięk słowa Polska uśmiechnął się szeroko i wskazując ręka na siedzącą na murku dziewczynę powiedział – „O! Wspaniale! Moja wnuczka tam była. Odwiedziła Warszawę i Kraków.” Powiem Wam, że to prawdziwa rzadkość w Indiach spotkać kogoś, kto nie dość, że wie gdzie nasz kraj umiejscowić na mapie, to może jeszcze powiedzieć o Polsce coś więcej. Jak się okazało starszy pan przyjechał na wycieczkę do Ladakhu z New Delhi. Był z nim syn z żoną i wspomniana przeze mnie wnuczka. Po krótkiej rozmowie pożegnaliśmy się życząc sobie nawzajem przyjemnej podróży.

Rodzina Wadhwa. Spotkanie na rzeką Indus. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Pojechaliśmy do miejsca, które nazywało się Gurdwara Pathar Sahib. Była to świątynia sikhijska zbudowana w 1517 r. dla uczczenia wizyty Guru Nanaka w Ladakhu. Był to założyciel wiary sikhijskiej, bardzo szanowany przez tybetańskich buddystów, którzy co ciekawe, uważają go za świętego i czczą pod imieniem Guru Gompka Maharaj. Legenda głosi, że Guru Nanak podczas swojej wędrówki, w miejscu gdzie stoi obecnie Gurdwara, wyzwolił lud od nękającego go od lat demona. W świątyni można zobaczyć kamień z odciskami ciała Guru Nanaka i owego demona.

Wejście na teren Gurdwara Pathar Sahib. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Guru Nanak. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Wnętrze Gurdwara Pathar Sahib. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Kolejnym miejscem naszej eskapady było Magnetic Hill. Powiem Wam, dzieją się tam dziwne rzeczy. Fenomen tego miejsca polega na tym, że samochody z wyłączonym silnikiem same jadą pod górę pozornie łamiąc prawa fizyki. Piszę „pozornie”, gdyż udowodniono, że jest to jedynie iluzja. Magnetyczne Wzgórze tak naprawdę wzgórzem nie jest. Brak jest tam punktów odniesienia na horyzoncie, co sprawia, że człowiek postrzega drogę jako idącą pod górę, choć w rzeczywistości jest ona opadająca. To złudzenie optyczne sprawia, że wydaje się nam, iż samochody same podjeżdżają pod górę wbrew wszelkiej logice. Oczywiście są też ludzie, którzy uparcie wierzą w to, że jest to anomalia magnetyczna, bądź spowodowane jest to ciekiem wodnym, mniejszym przyciąganiem ziemskim, czy nawet ingerencją „obcych” 😀 Tak, czy inaczej Magnetic Hill stało się tu niemałą atrakcją turystyczną. Podobnych punktów na świecie jest sporo i możecie spotkać je też w Polsce np. koło Wałcza, w Karpaczu, czy koło Żywca. Co ciekawe, wszystkie te miejsca mają nazwy typu „magiczna”, „czarodziejska”, czy „piekielna” górka. Co by nie myśleć o tego typu zjawisku, jeśli będziecie koło Leh, warto tam pojechać i doświadczyć tego na własnej skórze.

Magnetic Hill. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Magnetic Hill. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Podczas naszej himalajskiej wędrówki odwiedziliśmy miejsce, które już z założenia nie zyskało mojej sympatii. Było to The Hall of Fame, czyli muzeum indyjskiej armii. Było ono poświęcone historii wojen indyjsko-pakistańskich w rejonie Kargil. Nie wiedząc, że jest tam również ekspozycja  prezentująca naturalne i kulturowe bogactwo Ladakhu, odmówiłam Nidhinowi wejścia to tego obiektu. Wystarczyło mi oglądanie czołgów, samolotów i wozów pancernych na zewnątrz. Na szczęście okazało się, że muzeum miało przerwę i było zamknięte. Z tego wszystkiego tam, najbardziej podobał mi się Budda smętnie spoglądający na góry dzielące dwa wrogie kraje.

The Hall of Fame. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Działania armii indyjskiej na terenie okręgu Kargil. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Budda patrzący na Himalaje. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Trochę w rewanżu, trochę z powodu kontuzji kolana, Nidhin odmówił zwiedzenia buddyjskiego klasztoru Spituk. Stwierdził, że nie zdzierży kolejnej tak samo wyglądającej świątyni tybetańskiej.

Klasztor Spituk. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

U podnóża budynku wspólnie obejrzeliśmy latające po okolicy śmigłowce oraz start samolotu wojskowego, który wzniósł się w powietrze niemal z miejsca i przeleciał nad dachem gompy.

Śmigłowiec nieopodal klasztoru Spituk. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Dach klasztorny i samolot armii indyjskiej. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Nie ukrywam, że będąc na miejscu bardzo chciałam zobaczyć klasztor. Położony jest on na wysokości 3307 m n.p.m. Założony został w XI w. i zasadnicza część budynku pozostała w nienaruszonym stanie do dziś. Świątynia jest wielopoziomowa z licznymi dziedzińcami i schodami biegnącymi z zewnątrz do kaplicy znajdującej się na górze, w której stoi posąg bogini Kali. Jest on odsłonięty tylko raz w roku, podczas trwającego tu festiwalu Gustor. W czasie tego święta lamowie noszą na twarzach niesamowite maski i wykonują tańce, zwykle opowiadające o walce dobra ze złem.

Obecnie na terenie klasztoru Spituk przebywa około 100 mnichów. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Nie uwierzycie, ale w momencie kiedy Nidhin zgodził się bym sama wybrała się na zwiedzanie, zobaczyłam powoli idącego po schodach dziadka, którego spotkałam nad Indusem. Nasza radość ze spotkania była niemała. Byłam naprawdę zdziwiona, że jest sam, bez rodziny, która podobnie jak Nidhin, zbojkotowała zwiedzanie klasztoru i pozostała u podnóża wzgórza w samochodzie. Dziadek uparł się, że chce wejść na szczyt, by pokłonić się Kali. Powiem szczerze, ze strony jego rodziny nie było to mądre zostawić starego człowieka samego, zwłaszcza, że już po pokonaniu kilku pięter sapał on jak lokomotywa. Poczułam się w obowiązku pomóc dziadkowi. W drodze na górę jedną ręką wspierał się na moim ramieniu, drugą chwytał balustradę. Stawiał jedną stopę na stopniu i dostawiał drugą, na każdym półpiętrze robił długie przystanki. Wędrówka ta była dla niego jak wejście na Mount Everest. Nie muszę Wam chyba mówić ile czasu to trwało 😉 Cierpliwie dostosowałam się do tego tempa, a drogę umilaliśmy sobie pogawędką. Z dziadkiem rozmawiało się znakomicie. Nazywał się Wadhwa. Z wykształcenia był prawnikiem. Jak potem zobaczyłam w Internecie jego rodzina miała dużą kancelarię adwokacką w New Delhi, a sam Pan Wadhwa prowadził naprawdę imponujące, duże sprawy. Jego syn wykształcił się i zamieszkał w Stanach Zjednoczonych. Jak to Hindusi mają w zwyczaju, dużo opowiadał o swojej rodzinie, jak i dużo zadawał mi pytań dotyczących mojej rodziny i mojego życia. Z każdą kolejną minutą i kolejną opowieścią lubiliśmy się coraz bardziej. W tak miłej atmosferze dotarliśmy do świątyni na wierzchołku wzgórza, z którego rozpościerał się widok na Indus. Dziadek nie ukrywał wzruszenia gdy wszedł do miejsca, gdzie znajdowała się bogini Kali (był hinduistą). Oczywiście przed drzwiami świątyni trzeba było zostawić buty i wejść do wnętrza boso. Przy wyjściu założenie mokasynów na spuchnięte nogi okazało się nie lada wyzwaniem. Musielibyście zobaczyć miny ludzi, którzy obserwowali scenę zakładania przeze mnie butów staremu Hindusowi. Już sam widok wspólnie nas maszerujących wzbudzał sensację, a co dopiero taka akcja 😀 Hura! W końcu udało się. Mój towarzysz zapalił kadzidełko Bogom i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wbrew pozorom zejście na dół nie było prostsze. Nie muszę chyba dodawać, że lekko niepokoiłam się, jaka będzie reakcja Nidhina na tak długą moją nieobecność. Ku mojemu zaskoczeniu, Nidhin powitał nas z uśmiechem, a potem przyznał się, że był dumny z podjętej przeze mnie decyzji.
– To wzruszające, że tak bezinteresownie zaopiekowałaś się tym człowiekiem. – powiedział – Za to m.in. Cię lubię.

Tlące się kadzidełka w klasztorze Spituk. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Mr Wadhwa i ja 🙂 Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Odetchnęłam z ulgą i ruszyliśmy do Leh.

W drodze powrotnej do Leh. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Kilka dni później, tuż pod granicą z Chinami, nad jeziorem Pangong, budzę się pewnego ranka, patrzę, a tam na podwórku przed budynkiem obok stoi mój dziadek! No szok! Zbieg okoliczności? Ja twierdzę, że nic w życiu nie dzieje się przez przypadek. Uściskaliśmy się serdecznie. Podszedł do mnie jego syn z żoną i bardzo mi podziękował za opiekę nad ojcem w Spituk.
– Plesaure is mine – odpowiedziałam z uśmiechem.
Kiedy podeszłam do Nidhina i Altafa, mój kolega powiedział:..
– Widziałaś? Twój nowy chłopak tu jest!
I cała nasza trójka wybuchnęła gromkim śmiechem.
Po powrocie do kraju, tak jak obiecałam, wysłałam mailem mojemu dziadkowi zdjęcia. Niestety, nigdy mi na tę wiadomość nie odpowiedział.

poprzednie posty z tej samej podróży:
http://rajzefiber.com.pl/zlota-godzina-w-leh/
http://rajzefiber.com.pl/hemis-i-ranchos-school-w-shey/
http://rajzefiber.com.pl/wystepy-folklorystyczne-chushot-gongma-ladakh/
http://rajzefiber.com.pl/festiwal-polo-ladakh-2016/
http://rajzefiber.com.pl/matho-stok-i-baktriany/
http://rajzefiber.com.pl/ladakh-kraina-wysokich-przeleczy/
http://rajzefiber.com.pl/keylong-aklimatyzacja/
http://rajzefiber.com.pl/w-drodze-do-keylong/
http://rajzefiber.com.pl/z-hajerem-w-manali/
http://rajzefiber.com.pl/manali/
http://rajzefiber.com.pl/dharamsalamcleod-ganj-sladami-dalajlamy-cz-2/
http://rajzefiber.com.pl/dharamsalamcleod-ganj-sladami-dalajlamy-cz-1/
http://rajzefiber.com.pl/no-to-jadymy/ 

Złota godzina w Leh

18 lipca 2016 r.
Do Leh dotarliśmy około godziny 14.00. W samą porę, ponieważ pałac był otwarty dla turystów do godziny 16.00. Budowę pałacu rozpoczął król Tsewang Namgyal w 1553 r. Na miejsce siedziby wybrano wzgórze Tsemo, wznoszące się nad stolicą państwa – Leh. Podczas budowy wzorowano się na tybetańskim pałacu Potala w Lhasie, zimowej rezydencji władców Tybetu. Prace nad budową obiektu ukończył bratanek Tsewanga, Sengge Namgyal w I poł. XVII w. Pałac ma 9 pięter. Na wyższych piętrach rezydowała rodzina królewska. Znajdowały się tam również świątynie i sala tronowa.
Do roku 1834 pałac był siedzibą królów Ladakhu z dynastii Namgyal. Wtedy to pałac zniszczył lud Dorga, a rodzina królewska przeniosła się do pałacu w Stok (http://rajzefiber.com.pl/matho-stok-i-baktriany/).

Festiwal Polo – Ladakh 2016

17 lipca 2016 r.

Uwielbiam konie i na mojej liście marzeń zawsze było obejrzenie meczu polo w niecodziennej, górskiej scenerii. Co prawda myślałam o najsłynniejszym festiwalu w okolicach Przełęczy Shandur (w regionie Chitral, w Pakistanie), ale w końcu tradycja polo w indyjskim Ladakhu jest niemalże tak samo długa i silna, o czym za chwilę opowiem. Przed wyjazdem do Ladakhu sprawdziłam w Internecie jakie festiwale odbywają się w terminie mojej podróży. Aż oczy mi się zaświeciły z radości, kiedy na liście zobaczyłam festiwal polo. Był to sześciodniowy festiwal (11-17 lipca 2016 r.) w wiosce Chushot Gongma położonej 13 km od Leh. Oczywiście w pierwszym dniu pobytu w Leh dopytywałam o to wydarzenie. Moja radość była ogromna, gdy dowiedziałam się, że właśnie tego dnia odbywa się mecz finałowy. Nie było innej opcji, musiałam na tym meczu być.

Indie Południowe styczeń / luty 2017

„Nic na świecie nie zdarza się przez przypadek.” Paulo Coelho fot. Raja's Tomb, Madikeri, Karnataka, India, 2017

„Nic na świecie nie zdarza się przez przypadek.”/ ‚Nothing in this world happens by chance’ Paulo Coelho. fot. Raja’s tomb, Madikeri, Karnataka, India 2017

Chyba nie zaskoczę nikogo mówiąc, że to była podróż inna niż wszystkie pozostałe. W zasadzie każda z tych siedmiu wypraw do Indii była jedyna w swoim rodzaju. Tę ostatnią jednak wypełniały emocje, od tych skrajnie negatywnych, po takie, które chętnie będę wspominać. Jak być może pamiętacie, zawsze lubię mieć wyjazdy dobrze zaplanowane. Ograniczona czasem, skrupulatnie planuję gdzie chcę być i co zobaczyć. Tym razem wszystko wymknęło się spod kontroli. I bardzo dobrze! W przeciwnym razie, chyba nie miałabym nic ciekawego do opowiedzenia. Po ostatniej, nader ekstremalnej wyprawie w Himalaje, tym razem miało być lajtowo. Wybrzeże Goa i Karnataki, bez gonitwy, pokonywania setek kilometrów, luz-blues, niemalże bierny odpoczynek i ładowanie akumulatorów po dość ciężkich dla mnie ostatnich trzech miesiącach. Rozczarowanie Goa (po raz drugi) było tak ogromne, że uciekłam w głąb kontynentu. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Cudowny region Coorg, fascynujący Mysore, nowoczesne Banglore. Nareszcie poczułam Indie takie jakie lubię. Kolorowe, pachnące przyprawami, smaczne, gwarne i wesołe, różnorodne i ekscytujące. Po prostu moje!

Keylong – aklimatyzacja

114-15 lipca 2016 r.
Do Keylong dotarliśmy około godziny 17-tej. Kolejnym zadaniem do wykonania było znalezienie kwatery jeszcze przed zachodem słońca. Okazało się, że nie było to wcale takie łatwe. Na nasze pytania o nocleg, często słyszeliśmy odpowiedź: nie ma wolnych pokoi. Zauważyliśmy, że z podobnym problemem boryka się idąca za nami para Hiszpanów. Główna ulica powoli kończyła się, a wolnej i taniej kwatery nie było. W końcu na horyzoncie pojawiły się piętrowe hotele pomalowane na różowo i niebiesko. Mój partner i Hiszpan postanowili pójść na zwiady, by dowiedzieć się, czy jest szansa na nocleg. Zostałam z Hiszpanką przed budynkiem. Generalnie gadka się nie kleiła, rozmawiałyśmy o małym kotku wspinającym się po jabłonce 😛 Dzięki Bogu chłopaki szybko przyszli z powrotem i co najważniejsze, z dobrą nowiną. Są pokoje! Nidhin wynegocjował niezłą cenę jak na takie lokum mówiąc, że Hiszpanie i ja to jego przyjaciele. Dla czterech osób właściciel dał upust. Turyści z Europy byli mu bardzo wdzięczni 🙂 Odetchnęłam z ulgą, że mamy gdzie spać. Nidhin z kontuzjowanym kolanem, dźwigający tak naprawdę dwa plecaki (swój i drugi ze sprzętem fotograficznym) tylko jęknął na myśl, że ma się wspiąć na ostatnie piętro. Dał radę. Pokój był bardzo duży, duża łazienka, tv, normalnie high life!

W drodze do Keylong

14 lipca 2016 r.
Powiadają, że „kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. Tym razem powiedziałabym: „kto rano wstaje ten się g… wyśpi”. O 7.00 miał odjechać autobus do Koksar. Miał, ale tym razem nie odjechał. Nie było wyjścia, trzeba było wynająć taksówkę. Rupie płynęły wartko niczym woda w rzece Beas. Koksar miał być naszym pierwszym przystankiem na słynnej trasie The Leh – Manali Highway. Wieś położona jest w odległości 70 km od Manali i 50 km za pierwszą przełęczą Rohtang (3980 m n.p.m.).

Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Zaczynamy podróż w kierunku Ladakhu. Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Z Hajerem w Manali

0113 lipca 2016 r.
Trudno o zły humor, kiedy się przebywa w towarzystwie Hajera*. Kolejny dzień w Manali postanowiliśmy spędzić wspólnie: Hajer, Nidhin i ja. Plan był taki, że wynajmujemy na cały dzień taksówkę i we trójkę eksplorujemy okolice. Dotarliśmy do centrum Old Manali. Na mostku z flagami modlitewnymi, malowniczo położonym na rzece Beas, postanowiliśmy zrobić pierwsze zdjęcia. Wzięłam do ręki mojego Nikona. Pstrykam, pstrykam, a w wizjerze czarno. Aparat ani drgnie. Patrzę – nie mam baterii, została w ładowarce w pokoju. Oczywiście zapasowej nie miałam. Panowie byli na tyle uprzejmi, że bez problemu pozwolili mi na powrót do pokoju. Hajer usiadł jak basza na murku nieopodal rzeki, a ja i Nidhin łapaliśmy rikszę, by wrócić do guest house’u. Wściekła byłam na samą siebie niemiłosiernie. Jednak nie wyobrażałam sobie, by nie mieć aparatu podczas całodniowej wycieczki. Odległość nie była wcale taka mała, więc trochę to potrwało zanim wróciliśmy do czekającego na nas Hajera. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, więc odetchnęłam z ulgą. Po drodze kupiliśmy kanapki na śniadanie w przydrożnym barze.

Manali

mx1111-12 lipca 2016 r.
Bez większego żalu w gorący, lipcowy wieczór opuściliśmy Dharamsalę. Wsiedliśmy do całkiem komfortowego autobusu tuż pod naszym guest house’m. Był to jadący do Manali tzw. semi sliper z półleżącymi siedzeniami. Humory dopisywały, choć jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy co nas czeka po drodze. Ewidentnie zbierało się na burzę. W autobusie było sporo białych turystów. Nic dziwnego z resztą, osoby, które chciały jechać z Dharamsali do Kaszmiru musiały zmienić plan podróży. Tak więc celem stało się Manali, z którego to wiedzie droga The Leh–Manali Highway do Ladakhu. Po niespełna godzinie jazdy rozszalała się burza. Pioruny waliły niemiłosiernie, padał ulewny deszcz. Autobus wyglądał jakby go polewano strażacką sikawką. Do pokonania był dystans ok. 240 km, ale droga wiodła przez wysokie góry. Podczas błysków, z jednej strony widać było urwiska, z drugiej pionową ścianę skał. Na dodatek wyluzowany kierowca prowadził pojazd jedną ręką, drugą zaś  trzymał telefon i przez cały czas głośno przez niego rozmawiał. Ja na szczęście siedząc przy oknie, żyłam w przeświadczeniu, że nasz szofer prowadzi konwersację z pilotem siedzącym obok. Widząc co się święci, starałam się jak najszybciej zasnąć, Nidhin zaś stwierdził, że na trzeźwo zdzierżyć się tego nie da i z małej butelki powoli sączył whisky z colą. „Nie wiem jak Ty, ale ja wolę umrzeć we śnie” – rzekłam do swojego towarzysza podróży, podskakując ze strachu przy kolejnym uderzeniu pioruna. Nie czując się najlepiej szybko zasnęłam, nawet przystanek w nocy nie wybił mnie na szczęście ze snu. Nad ranem Nidhin obudził mnie, mówiąc, że już zbliżamy się do celu. Usłyszałam, że niemal całą noc nie zmrużył oka, a nad ranem droga była najgorsza. Widoki sprawiały, że włos na głowie stawał mu dęba. Takie to atrakcje mnie ominęły! 😀

Do sześciu razy sztuka?

I znowu w mojej ulubionej „musztardzie”! Hemis, Ladakh, Indie, lipiec 2016

I znowu w mojej ulubionej „musztardzie”! Hemis, Ladakh, Indie, lipiec 2016

Minął już tydzień od mojego powrotu z szóstej podróży do Indii. Lipiec 2016 r. Była to bez wątpienia najcięższa wyprawa jaką tam przeżyłam do tej pory. Chyba pod każdym względem… Trudności rozpoczęły się już przed wylotem. Na 10 dni przed wyjazdem doszło do zamachu terrorystycznego na lotnisku w Stambule, a więc dokładnie tam, że miałam przesiąść się na samolot do New Delhi. Fakt ten specjalnie nie zdziwił mnie, ponieważ już tradycyjnie zawsze coś niedobrego dzieje się w miejscach, do których podążam. Chyba kiedyś muszę te wydarzenia opisać, zebrało się tego naprawdę sporo. Z reguły incydenty te nie miały wpływu na moje podróżowanie (wyjątek stanowił zamach w Mumbaiu w hotelu Taj, przez co do Indii w efekcie nie dotarłam na przełomie 2008 i 2009 r.). Tym razem stało się inaczej. Po zabójstwie dowódcy separatystów w Kaszmirze zabito 32 osoby, ok. 1365 osób zostało rannych. Wprowadzono stan wyjątkowy, region ten został odcięty od internetu i telefonii komórkowej. Druga część wyprawy miała odbyć się właśnie w Kaszmirze. Ja i mój indyjski towarzysz podróży Nidhin, mieliśmy kupiony lot powrotny ze Śrinagaru do New Delhi. Powagi sytuacji dodał telefon samego vice konsula RP w New Delhi, który odnalazł mnie po informacjach, jakie pozostawiłam rejestrując swą podróż, jak zawsze zresztą, na stronie MSZ „Odyseusz” (POLECAM! www.odyseusz.msz.gov.pl). Pan Konsul stanowczo odradził mi podróż do Kaszmiru, prosił o śledzenie informacji w mediach i na stronie naszego MSZ o sytuacji w tym regionie. Niemal do końca podróży mieliśmy nadzieję, że zamieszki tam ucichną i dotrzemy na lotnisko.