Niebieskie Sosny Shashur

014 lipca 2016 r.
Czas w oczekiwaniu na wynajętego jeepa do Shashur upływał mi miło na robieniu zdjęć portretowych mieszkańców Keylong (zdjęcia w poprzednim poście). W końcu podjechało białe, nowiutkie auto. Kierowcą był młody, bardzo sympatyczny chłopak. Początkowo trasa przypominała mi polską, polną drogę. Rozczuliłam się na widok wierzb płaczących, topoli i jabłoni. Tuje! – krzyknęłam – zupełnie jak w moim ogródku! Powiem Wam, że okolice te, gdyby nie wysokie góry, bardzo przypominały Polskę. Sukcesywnie wspinaliśmy się w górę, widoki stawały się coraz piękniejsze. Widać było całą panoramę doliny, w której położony był Keylong. Zakręty momentami były naprawdę ostre, ale mimo wszystko nie była to droga tak niebezpieczna jak to opisywali niektórzy podróżnicy. Na samo wspomnienie brał mnie pusty śmiech, jak to można podkoloryzować „to i owo” dla uatrakcyjnienia książki 😀 Powoli zbliżaliśmy się do klasztoru Shashur.
Shashur lub inaczej Sashur jest to tybetański klasztor buddyjski znajdujący się 137 km od Manali, około 2 kilometrów od Keylong, w dystrykcie Lahaul-Spiti i stanie Himachal Pradesh.

Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Nazwa Sha-Shur oznacza w lokalnym dialekcie „niebieskie sosny”. Klasztor został zbudowany w XVII wieku przez Lamę Deva Gyatso z Zanskar, który był misjonarzem Nawanga Namgyala, króla Bhutanu. W późniejszych latach Lama prowadził prace remontowe w klasztorze, nadając mu obecny wygląd. Obiekt zbudowany został zgodnie z koncepcją mandali, której podstawową formą jest kwadrat mający cztery bramy, zawierający okrąg w środku. Trzy piętrowa budowla słynie w całych Indiach z doskonałej architektury.

Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Shashur posiada dużych rozmiarów (15 stóp) obrazy malowane na jedwabiu, zwane Thanka oraz malowidła ścienne przedstawiające wszystkich 84 buddyjskich Siddhów (Siddha to mistrz buddyjski, który osiągnął oświecenie). Najlepszy czas na odwiedzenie klasztoru przypada w czerwcu lub lipcu, kiedy obchodzone jest święto Chham. Wtedy to można obejrzeć Thanka oraz podziwiać mnichów tańczących w diabelskich maskach.

Młynki modlitewne. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Młynki modlitewne. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Kiedy weszłam na teren klasztoru zobaczyłam charakterystyczne młynki modlitewne, które okalały bardzo kolorową świątynię. Na dziedzińcu stał ogromny młynek i leżały bębny używane przez mnichów podczas modlitw i śpiewu. Znajdował się tu także posąg fundatora klasztoru Lamy Deva Gyatso.

Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Lama Deva Gyatso Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Lama Deva Gyatso. Po prawej tajemnicze drzwi, za którymi zniknęłam niczym Alicja z Krainy Czarów. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Z piętra, na które weszłam, roztaczał się piękny widok na góry. Powiewała na wietrze flaga z wizerunkiem smoka i zobaczyć można było Koło Dharmy z dwoma jeleniami, jeden z ważniejszych symboli buddyzmu.

Widok z klasztornego okna. Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Widok z klasztornego okna. Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Flaga klasztorna z Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Flaga klasztorna z Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Koło Dharma z dwoma jeleniami. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Koło Dharma z dwoma jeleniami. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Z tarasu ujrzałam mnicha w czerwonej czapce stojącego w oddali na półpiętrze. Jak do niego się dostać, by zrobić zdjęcie z bliższej odległości? – pomyślałam. Nie mówiąc nic nikomu podążyłam w jego kierunku. Wyszłam na zewnątrz przez drewniane, bogato rzeźbione drzwi i pobiegłam dalej tarasem okalającym budynek.

Po wyjściu ze świątyni. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Po wyjściu ze świątyni. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Nagle ujrzałam grupkę ludzi siedzących przy zastawionym stole. Byli to mieszkańcy rejonu, w którym znajdował się klasztor.

Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Większość stanowiły kobiety o bardzo interesujących rysach twarzy. Ubrane były skromnie, jednakże każda z nich nosiła ciekawą biżuterię. Oczy zaświeciły mi się na widok tych ludzi. To było to, na co czekałam! Przywitałam się z nimi z uśmiechem i zapytałam, czy mogę zrobić zdjęcia. Dostałam pozwolenie.

Kobiety z Lahaul-Spiti. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Kobiety z Lahaul-Spiti. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Kobieta z dystryktu Lahaul-Spiti i mnich Red Hat. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Kobieta z dystryktu Lahaul-Spiti i mnich Red Hat. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Najbardziej nadziwić się nie mogła najstarsza, a zarazem najbardziej interesująca kobieta, że mam ochotę je fotografować. Na migi wytłumaczyłam jej, że mimo wieku nadal jest piękna. Śmiała się serdecznie i chętnie pozowała do zdjęć.

Po prawej najstarsza z kobiet. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Z lewej kobieta z oryginalnymi kolczykami. Po prawej najstarsza z kobiet. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Bardzo zaintrygowały mnie kolczyki jakie panie nosiły w uszach. Na jednym ze zdjęć możecie zobaczyć dlaczego aż taką wzbudziły we mnie ciekawość. Niestety wszyscy siedzieliśmy w cieniu żółtego namiotu i zdjęcia mają też taki kolor…

Oczywiście herbatka, dobra na wszystko. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Oczywiście herbatka, dobra na wszystko. Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Pielgrzymi pili herbatę i jedli ciastka. Jeden z mężczyzn, mówiący po angielsku zaproponował mi szklaneczkę ćiaju i słodycze. Oczywiście z grzeczności nie odmówiłam 🙂  Na pamiątkę, jeden z mnichów zrobił nam wspólne zdjęcie.

Co za piękne spotkanie! Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Co za piękne spotkanie! 🙂 Klasztor Shashur, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Czas upływał miło i szybko. Nagle zdałam sobie sprawę, że Nidhin na pewno mnie szuka. I nie pomyliłam się. Tak więc podziękowałam za poczęstunek i z wypiekami na twarzy pobiegłam do środka budynku. Trochę mi się oberwało, że bez pytania oddaliłam się niepostrzeżenie, ale widząc moją radość z tego co mnie spotkało i dumę z wykonanych portretów, szybko zostało mi to wybaczone. Czas było wracać do Keylong.
Poniżej mój filmik – spacer po świątyni. Z góry przepraszam za słabą jakość 🙂

Ciąg dalszy …nie wiem, czy nastąpi… a chcecie?

poprzednie posty z tej samej podróży:
7. http://rajzefiber.com.pl/keylong-aklimatyzacja/
6. http://rajzefiber.com.pl/w-drodze-do-keylong/
5. http://rajzefiber.com.pl/z-hajerem-w-manali/
4. http://rajzefiber.com.pl/manali/
3. http://rajzefiber.com.pl/dharamsalamcleod-ganj-sladami-dalajlamy-cz-2/
2. http://rajzefiber.com.pl/dharamsalamcleod-ganj-sladami-dalajlamy-cz-1/
1. http://rajzefiber.com.pl/no-to-jadymy/

 

Keylong – aklimatyzacja

114-15 lipca 2016 r.
Do Keylong dotarliśmy około godziny 17-tej. Kolejnym zadaniem do wykonania było znalezienie kwatery jeszcze przed zachodem słońca. Okazało się, że nie było to wcale takie łatwe. Na nasze pytania o nocleg, często słyszeliśmy odpowiedź: nie ma wolnych pokoi. Zauważyliśmy, że z podobnym problemem boryka się idąca za nami para Hiszpanów. Główna ulica powoli kończyła się, a wolnej i taniej kwatery nie było. W końcu na horyzoncie pojawiły się piętrowe hotele pomalowane na różowo i niebiesko. Mój partner i Hiszpan postanowili pójść na zwiady, by dowiedzieć się, czy jest szansa na nocleg. Zostałam z Hiszpanką przed budynkiem. Generalnie gadka się nie kleiła, rozmawiałyśmy o małym kotku wspinającym się po jabłonce 😛 Dzięki Bogu chłopaki szybko przyszli z powrotem i co najważniejsze, z dobrą nowiną. Są pokoje! Nidhin wynegocjował niezłą cenę jak na takie lokum mówiąc, że Hiszpanie i ja to jego przyjaciele. Dla czterech osób właściciel dał upust. Turyści z Europy byli mu bardzo wdzięczni 🙂 Odetchnęłam z ulgą, że mamy gdzie spać. Nidhin z kontuzjowanym kolanem, dźwigający tak naprawdę dwa plecaki (swój i drugi ze sprzętem fotograficznym) tylko jęknął na myśl, że ma się wspiąć na ostatnie piętro. Dał radę. Pokój był bardzo duży, duża łazienka, tv, normalnie high life!

W drodze do Keylong

14 lipca 2016 r.
Powiadają, że „kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. Tym razem powiedziałabym: „kto rano wstaje ten się g… wyśpi”. O 7.00 miał odjechać autobus do Koksar. Miał, ale tym razem nie odjechał. Nie było wyjścia, trzeba było wynająć taksówkę. Rupie płynęły wartko niczym woda w rzece Beas. Koksar miał być naszym pierwszym przystankiem na słynnej trasie The Leh – Manali Highway. Wieś położona jest w odległości 70 km od Manali i 50 km za pierwszą przełęczą Rohtang (3980 m n.p.m.).

Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Zaczynamy podróż w kierunku Ladakhu. Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Z Hajerem w Manali

0113 lipca 2016 r.
Trudno o zły humor, kiedy się przebywa w towarzystwie Hajera*. Kolejny dzień w Manali postanowiliśmy spędzić wspólnie: Hajer, Nidhin i ja. Plan był taki, że wynajmujemy na cały dzień taksówkę i we trójkę eksplorujemy okolice. Dotarliśmy do centrum Old Manali. Na mostku z flagami modlitewnymi, malowniczo położonym na rzece Beas, postanowiliśmy zrobić pierwsze zdjęcia. Wzięłam do ręki mojego Nikona. Pstrykam, pstrykam, a w wizjerze czarno. Aparat ani drgnie. Patrzę – nie mam baterii, została w ładowarce w pokoju. Oczywiście zapasowej nie miałam. Panowie byli na tyle uprzejmi, że bez problemu pozwolili mi na powrót do pokoju. Hajer usiadł jak basza na murku nieopodal rzeki, a ja i Nidhin łapaliśmy rikszę, by wrócić do guest house’u. Wściekła byłam na samą siebie niemiłosiernie. Jednak nie wyobrażałam sobie, by nie mieć aparatu podczas całodniowej wycieczki. Odległość nie była wcale taka mała, więc trochę to potrwało zanim wróciliśmy do czekającego na nas Hajera. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, więc odetchnęłam z ulgą. Po drodze kupiliśmy kanapki na śniadanie w przydrożnym barze.

Manali

mx1111-12 lipca 2016 r.
Bez większego żalu w gorący, lipcowy wieczór opuściliśmy Dharamsalę. Wsiedliśmy do całkiem komfortowego autobusu tuż pod naszym guest house’m. Był to jadący do Manali tzw. semi sliper z półleżącymi siedzeniami. Humory dopisywały, choć jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy co nas czeka po drodze. Ewidentnie zbierało się na burzę. W autobusie było sporo białych turystów. Nic dziwnego z resztą, osoby, które chciały jechać z Dharamsali do Kaszmiru musiały zmienić plan podróży. Tak więc celem stało się Manali, z którego to wiedzie droga The Leh–Manali Highway do Ladakhu. Po niespełna godzinie jazdy rozszalała się burza. Pioruny waliły niemiłosiernie, padał ulewny deszcz. Autobus wyglądał jakby go polewano strażacką sikawką. Do pokonania był dystans ok. 240 km, ale droga wiodła przez wysokie góry. Podczas błysków, z jednej strony widać było urwiska, z drugiej pionową ścianę skał. Na dodatek wyluzowany kierowca prowadził pojazd jedną ręką, drugą zaś  trzymał telefon i przez cały czas głośno przez niego rozmawiał. Ja na szczęście siedząc przy oknie, żyłam w przeświadczeniu, że nasz szofer prowadzi konwersację z pilotem siedzącym obok. Widząc co się święci, starałam się jak najszybciej zasnąć, Nidhin zaś stwierdził, że na trzeźwo zdzierżyć się tego nie da i z małej butelki powoli sączył whisky z colą. „Nie wiem jak Ty, ale ja wolę umrzeć we śnie” – rzekłam do swojego towarzysza podróży, podskakując ze strachu przy kolejnym uderzeniu pioruna. Nie czując się najlepiej szybko zasnęłam, nawet przystanek w nocy nie wybił mnie na szczęście ze snu. Nad ranem Nidhin obudził mnie, mówiąc, że już zbliżamy się do celu. Usłyszałam, że niemal całą noc nie zmrużył oka, a nad ranem droga była najgorsza. Widoki sprawiały, że włos na głowie stawał mu dęba. Takie to atrakcje mnie ominęły! 😀

Debata tybetańskich mnichów

Będąc w McLeod Ganj byłam świadkiem niezwykłego wprost widowiska. Poszłam z Nidhinem do Tsuglagkhang Complex, w którym to od przeszło pięćdziesięciu lat znajduje się rezydencja Jego Świątobliwości Dalajlamy VIX (house Photang), świątynia buddyjska oraz muzeum tybetańskie. Powiem szczerze, że przed wizytą tam nic o tym kompleksie nie czytałam.

Z mnichami buddyjskimi przy dziedziniecu kompleksuTsuglagkhang, McLeod Ganj, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Z mnichami buddyjskimi na dziedzińcu kompleksuTsuglagkhang. McLeod Ganj, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Po przejściu kilku kroków od głównej bramy oczom naszym ukazał się duży dziedziniec. Panował tam straszny harmider. Było to dla mnie nie małym zaskoczeniem, gdyż tego typu miejsca kojarzyły mi się z ciszą, nabożnym skupieniem i medytacją. Strefy, na których zobaczyliśmy grupki mnichów buddyjskich, oddzielone były barierkami od nielicznej publiki. Zewsząd dobiegały nas krzyki i głośne klaskanie w dłonie. Jeszcze wtedy nie do końca wiedziałam o co w tym „spektaklu” chodzi.

Dharamsala/McLeod Ganj – śladami Dalajlamy – cz. 2

111 lipca 2016 r.
Porządnie odespaliśmy poprzednio zarwane, koszmarne noce. Aby wrócić do McLeod Ganj i zwiedzać okolice, zamówiliśmy taksówkę dopiero na godzinę 11.00. Leniwy poranek, sielski spokój. Niestety czar prysł kiedy Nidhin włączył telewizję i znalazł stacje nadające wiadomości. Wszystkie lokalne programy jak i te o zasięgu światowym np. CNN, czy BBC mówiły tylko i wyłącznie o zamieszkach w Kaszmirze. Zabito przywódcę islamskich ekstremistów w Śrinagarze i zaczęła się tam totalna rzeź. Na moim towarzyszu podróży zrobiło to ogromne wrażenie, jego optymizm i pozytywne nastawienie minęło jak ręką odjął i nie powróciło już do końca podróży. Strasznie przejął się tym, że jest za mnie odpowiedzialny. Najważniejszą dla niego rzeczą było, by przysłowiowy włos z głowy mi nie spadł, a nasze plany związane z wyprawą kończyły się na Kaszmirze właśnie. „Zobacz, co się dzieje w Śrinagarze!” – powiedział do mnie. Ja tylko beztrosko wzruszyłam ramionami i odparłam: „Na pewno do czasu naszego przyjazdu wszystko się tam uspokoi”. Jak czas pokazał, niestety myliłam się.

Dharamsala/McLeod Ganj – śladami Dalajlamy – cz. 1

09-10 lipca 2016 r.
Kangra Airport przywitało nas burzową pogodą. Już w pierwszej chwili poczułam ciepłe, wilgotne powietrze, charakterystyczne dla pory monsunowej. Odetchnęliśmy z ulgą po koszmarnym locie ATR-em. Teoretycznie mogliśmy zatrzymać się w Dharamsali, ale uparłam się, by nocować w McLeod Ganj, położonym około 6 kilometrów od tego miasta. Czytałam, że jest to o wiele ciekawsze miejsce, z dobrą infrastrukturą noclegową. Na lotnisku pytaliśmy miejscowych jak się tam dostać. Tu upadł mit, że Nidhin nie włada językiem hindi. Kłamczuszek jeden! 😛 Hindi pozwala na porozumiewanie się ludzi z różnych stanów Indii, nie licząc oczywiście drugiego języka urzędowego – angielskiego, którym nie wszyscy jednak mówią. Do pokonania mieliśmy 28 km i były dwa rozwiązania: wynająć taksówkę za 1000 Rs, albo łapać lokalny autobus do Dharamsali, który kursuje nieregularnie i nikt tak naprawdę nie wie kiedy będzie najbliższe połączenie. Oczywiście Nidhin zapytał mnie co robimy. Ja wyluzowana i szczęśliwa, że jestem w Indiach odparłam: „Mamy czas, więc nie będziemy niepotrzebnie wydawać kasy na taxi. Autobus!”

Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

Dharamsala Kangra Airport, Indie, lipiec 2016 © Magdalena Brzezińska

No to „JADYMY”!

keep-calm-and-go-to-india-99Minęły dwa tygodnie od powrotu z Kerali, a ja znowu kupiłam bilet do Indii! Pomysł na szóstą już podróż, powstał w trakcie wspólnej wędrówki z Nidhinem (moim przyjacielem fotografem z Koczin), na przełomie stycznia i lutego br. Już jakiś czas temu marzyła mi się daleka północ Indii, a mianowicie Ladakh określany Małym Tybetem oraz piękny Kaszmir. Byłam przekonana, że tego lata nadszedł najlepszy czas na taką wyprawę. Kiedy w pozostałej części Indii leje jak z cebra, ponieważ jest to czas monsunu, tak w krainie położonej pomiędzy pasmem Himalajów, a Karakorum panuje zazwyczaj przyjemna, słoneczna pogoda, a co najważniejsze drogi są przejezdne (sezon trwa krótko, bo zazwyczaj od czerwca do początku września). Żeby zrealizować taką podróż konieczny jest dłuższy urlop, a szansa na otrzymanie go w mojej branży jest największa właśnie podczas polskich miesięcy wakacyjnych. Zapytałam Nidhina, czy chciałby ze mną pojechać, w końcu dla niego to też byłaby egzotyczna podróż, a na północy nigdy jeszcze nie był. Ku mojej radości zgodził się natychmiast, szefowa też zgodziła się na urlop, więc w te pędy, tym razem nie zwracając uwagi na cenę, kupiłam bilet tureckich linii lotniczych do New Delhi (bilety do stolicy są zazwyczaj droższe od tych do Mumbaiu). Zdecydowałam się na termin lotu na 9 lipca, celowo wybierając początek podróży po Ramadanie (Kaszmir zamieszkują głównie muzułmanie).

Do sześciu razy sztuka?

I znowu w mojej ulubionej „musztardzie”! Hemis, Ladakh, Indie, lipiec 2016

I znowu w mojej ulubionej „musztardzie”! Hemis, Ladakh, Indie, lipiec 2016

Minął już tydzień od mojego powrotu z szóstej podróży do Indii. Lipiec 2016 r. Była to bez wątpienia najcięższa wyprawa jaką tam przeżyłam do tej pory. Chyba pod każdym względem… Trudności rozpoczęły się już przed wylotem. Na 10 dni przed wyjazdem doszło do zamachu terrorystycznego na lotnisku w Stambule, a więc dokładnie tam, że miałam przesiąść się na samolot do New Delhi. Fakt ten specjalnie nie zdziwił mnie, ponieważ już tradycyjnie zawsze coś niedobrego dzieje się w miejscach, do których podążam. Chyba kiedyś muszę te wydarzenia opisać, zebrało się tego naprawdę sporo. Z reguły incydenty te nie miały wpływu na moje podróżowanie (wyjątek stanowił zamach w Mumbaiu w hotelu Taj, przez co do Indii w efekcie nie dotarłam na przełomie 2008 i 2009 r.). Tym razem stało się inaczej. Po zabójstwie dowódcy separatystów w Kaszmirze zabito 32 osoby, ok. 1365 osób zostało rannych. Wprowadzono stan wyjątkowy, region ten został odcięty od internetu i telefonii komórkowej. Druga część wyprawy miała odbyć się właśnie w Kaszmirze. Ja i mój indyjski towarzysz podróży Nidhin, mieliśmy kupiony lot powrotny ze Śrinagaru do New Delhi. Powagi sytuacji dodał telefon samego vice konsula RP w New Delhi, który odnalazł mnie po informacjach, jakie pozostawiłam rejestrując swą podróż, jak zawsze zresztą, na stronie MSZ „Odyseusz” (POLECAM! www.odyseusz.msz.gov.pl). Pan Konsul stanowczo odradził mi podróż do Kaszmiru, prosił o śledzenie informacji w mediach i na stronie naszego MSZ o sytuacji w tym regionie. Niemal do końca podróży mieliśmy nadzieję, że zamieszki tam ucichną i dotrzemy na lotnisko.