Jak poznałam mojego nowego chłopaka

19 lipca 2016 r.
Wstał kolejny dzień w Leh, tym razem ku mojej radości, skąpany w przepięknym słońcu. Mieliśmy zaplanowaną kolejną, dla odmiany po poprzednim dniu, krótką wycieczkę w niedalekie okolice stolicy Ladakhu. W planach był klasztor Spituk, Magnetic Hill, Gurdwara Pathar Sahib, The Hall of Fame i Sangam Point. Na ten i kolejne dwa dni wynajęliśmy innego kierowcę, który na szczęście nie miał na imię Sonam 😀 Altaf był młodym, komunikatywnym, bardzo sympatycznym mężczyzną. Na dodatek tak jak ja, lubił słuchać muzyki podczas jazdy samochodem.
Pierwszym punktem naszej wycieczki był Sangam Point niedaleko wioski Nimmu. Cóż to jest takiego? To położony na drodze wiodącej z Leh do Kargil punkt widokowy, w którym łączą się ze sobą dwie potężne rzeki: Indus i Zanskar. Widok był rzeczywiście niecodzienny. Wyraźnie widać było dwa odmienne kolory rzek. Postanowiliśmy zjechać w dół, by przez chwilę popatrzeć na Indus. Kolejne moje marzenie, by zobaczyć tę rzekę na własne oczy, spełniło się. Każdy z nas już w szkole podstawowej uczył się o tej jednej z najpotężniejszych rzek świata. Dla przypomnienia Indus ma długość 3180 km. W górnym biegu płynie głęboką doliną pomiędzy Himalajami, a Hindukuszem i uchodzi do Morza Arabskiego, tworząc deltę o powierzchni około 8 tys. km². Zatrzymaliśmy się przy przystani, gdzie turyści mogli zafundować sobie atrakcję jaką jest rafting. Spacerując brzegiem rzeki zaczepił mnie starszy pan, oczywiście pytaniem skąd jestem. Na dźwięk słowa Polska uśmiechnął się szeroko i wskazując ręka na siedzącą na murku dziewczynę powiedział – „O! Wspaniale! Moja wnuczka tam była. Odwiedziła Warszawę i Kraków.” Powiem Wam, że to prawdziwa rzadkość w Indiach spotkać kogoś, kto nie dość, że wie gdzie nasz kraj umiejscowić na mapie, to może jeszcze powiedzieć o Polsce coś więcej. Jak się okazało starszy pan przyjechał na wycieczkę do Ladakhu z New Delhi. Był z nim syn z żoną i wspomniana przeze mnie wnuczka. Po krótkiej rozmowie pożegnaliśmy się życząc sobie nawzajem przyjemnej podróży.

Rodzina Wadhwa. Spotkanie na rzeką Indus. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Pojechaliśmy do miejsca, które nazywało się Gurdwara Pathar Sahib. Była to świątynia sikhijska zbudowana w 1517 r. dla uczczenia wizyty Guru Nanaka w Ladakhu. Był to założyciel wiary sikhijskiej, bardzo szanowany przez tybetańskich buddystów, którzy co ciekawe, uważają go za świętego i czczą pod imieniem Guru Gompka Maharaj. Legenda głosi, że Guru Nanak podczas swojej wędrówki, w miejscu gdzie stoi obecnie Gurdwara, wyzwolił lud od nękającego go od lat demona. W świątyni można zobaczyć kamień z odciskami ciała Guru Nanaka i owego demona.

Wejście na teren Gurdwara Pathar Sahib. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Guru Nanak. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Wnętrze Gurdwara Pathar Sahib. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Kolejnym miejscem naszej eskapady było Magnetic Hill. Powiem Wam, dzieją się tam dziwne rzeczy. Fenomen tego miejsca polega na tym, że samochody z wyłączonym silnikiem same jadą pod górę pozornie łamiąc prawa fizyki. Piszę „pozornie”, gdyż udowodniono, że jest to jedynie iluzja. Magnetyczne Wzgórze tak naprawdę wzgórzem nie jest. Brak jest tam punktów odniesienia na horyzoncie, co sprawia, że człowiek postrzega drogę jako idącą pod górę, choć w rzeczywistości jest ona opadająca. To złudzenie optyczne sprawia, że wydaje się nam, iż samochody same podjeżdżają pod górę wbrew wszelkiej logice. Oczywiście są też ludzie, którzy uparcie wierzą w to, że jest to anomalia magnetyczna, bądź spowodowane jest to ciekiem wodnym, mniejszym przyciąganiem ziemskim, czy nawet ingerencją „obcych” 😀 Tak, czy inaczej Magnetic Hill stało się tu niemałą atrakcją turystyczną. Podobnych punktów na świecie jest sporo i możecie spotkać je też w Polsce np. koło Wałcza, w Karpaczu, czy koło Żywca. Co ciekawe, wszystkie te miejsca mają nazwy typu „magiczna”, „czarodziejska”, czy „piekielna” górka. Co by nie myśleć o tego typu zjawisku, jeśli będziecie koło Leh, warto tam pojechać i doświadczyć tego na własnej skórze.

Magnetic Hill. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Magnetic Hill. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Podczas naszej himalajskiej wędrówki odwiedziliśmy miejsce, które już z założenia nie zyskało mojej sympatii. Było to The Hall of Fame, czyli muzeum indyjskiej armii. Było ono poświęcone historii wojen indyjsko-pakistańskich w rejonie Kargil. Nie wiedząc, że jest tam również ekspozycja  prezentująca naturalne i kulturowe bogactwo Ladakhu, odmówiłam Nidhinowi wejścia to tego obiektu. Wystarczyło mi oglądanie czołgów, samolotów i wozów pancernych na zewnątrz. Na szczęście okazało się, że muzeum miało przerwę i było zamknięte. Z tego wszystkiego tam, najbardziej podobał mi się Budda smętnie spoglądający na góry dzielące dwa wrogie kraje.

The Hall of Fame. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Działania armii indyjskiej na terenie okręgu Kargil. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Budda patrzący na Himalaje. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Trochę w rewanżu, trochę z powodu kontuzji kolana, Nidhin odmówił zwiedzenia buddyjskiego klasztoru Spituk. Stwierdził, że nie zdzierży kolejnej tak samo wyglądającej świątyni tybetańskiej.

Klasztor Spituk. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

U podnóża budynku wspólnie obejrzeliśmy latające po okolicy śmigłowce oraz start samolotu wojskowego, który wzniósł się w powietrze niemal z miejsca i przeleciał nad dachem gompy.

Śmigłowiec nieopodal klasztoru Spituk. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Dach klasztorny i samolot armii indyjskiej. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Nie ukrywam, że będąc na miejscu bardzo chciałam zobaczyć klasztor. Położony jest on na wysokości 3307 m n.p.m. Założony został w XI w. i zasadnicza część budynku pozostała w nienaruszonym stanie do dziś. Świątynia jest wielopoziomowa z licznymi dziedzińcami i schodami biegnącymi z zewnątrz do kaplicy znajdującej się na górze, w której stoi posąg bogini Kali. Jest on odsłonięty tylko raz w roku, podczas trwającego tu festiwalu Gustor. W czasie tego święta lamowie noszą na twarzach niesamowite maski i wykonują tańce, zwykle opowiadające o walce dobra ze złem.

Obecnie na terenie klasztoru Spituk przebywa około 100 mnichów. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Nie uwierzycie, ale w momencie kiedy Nidhin zgodził się bym sama wybrała się na zwiedzanie, zobaczyłam powoli idącego po schodach dziadka, którego spotkałam nad Indusem. Nasza radość ze spotkania była niemała. Byłam naprawdę zdziwiona, że jest sam, bez rodziny, która podobnie jak Nidhin, zbojkotowała zwiedzanie klasztoru i pozostała u podnóża wzgórza w samochodzie. Dziadek uparł się, że chce wejść na szczyt, by pokłonić się Kali. Powiem szczerze, ze strony jego rodziny nie było to mądre zostawić starego człowieka samego, zwłaszcza, że już po pokonaniu kilku pięter sapał on jak lokomotywa. Poczułam się w obowiązku pomóc dziadkowi. W drodze na górę jedną ręką wspierał się na moim ramieniu, drugą chwytał balustradę. Stawiał jedną stopę na stopniu i dostawiał drugą, na każdym półpiętrze robił długie przystanki. Wędrówka ta była dla niego jak wejście na Mount Everest. Nie muszę Wam chyba mówić ile czasu to trwało 😉 Cierpliwie dostosowałam się do tego tempa, a drogę umilaliśmy sobie pogawędką. Z dziadkiem rozmawiało się znakomicie. Nazywał się Wadhwa. Z wykształcenia był prawnikiem. Jak potem zobaczyłam w Internecie jego rodzina miała dużą kancelarię adwokacką w New Delhi, a sam Pan Wadhwa prowadził naprawdę imponujące, duże sprawy. Jego syn wykształcił się i zamieszkał w Stanach Zjednoczonych. Jak to Hindusi mają w zwyczaju, dużo opowiadał o swojej rodzinie, jak i dużo zadawał mi pytań dotyczących mojej rodziny i mojego życia. Z każdą kolejną minutą i kolejną opowieścią lubiliśmy się coraz bardziej. W tak miłej atmosferze dotarliśmy do świątyni na wierzchołku wzgórza, z którego rozpościerał się widok na Indus. Dziadek nie ukrywał wzruszenia gdy wszedł do miejsca, gdzie znajdowała się bogini Kali (był hinduistą). Oczywiście przed drzwiami świątyni trzeba było zostawić buty i wejść do wnętrza boso. Przy wyjściu założenie mokasynów na spuchnięte nogi okazało się nie lada wyzwaniem. Musielibyście zobaczyć miny ludzi, którzy obserwowali scenę zakładania przeze mnie butów staremu Hindusowi. Już sam widok wspólnie nas maszerujących wzbudzał sensację, a co dopiero taka akcja 😀 Hura! W końcu udało się. Mój towarzysz zapalił kadzidełko Bogom i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wbrew pozorom zejście na dół nie było prostsze. Nie muszę chyba dodawać, że lekko niepokoiłam się, jaka będzie reakcja Nidhina na tak długą moją nieobecność. Ku mojemu zaskoczeniu, Nidhin powitał nas z uśmiechem, a potem przyznał się, że był dumny z podjętej przeze mnie decyzji.
– To wzruszające, że tak bezinteresownie zaopiekowałaś się tym człowiekiem. – powiedział – Za to m.in. Cię lubię.

Tlące się kadzidełka w klasztorze Spituk. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Mr Wadhwa i ja 🙂 Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Odetchnęłam z ulgą i ruszyliśmy do Leh.

W drodze powrotnej do Leh. Ladakh, Indie 2016 © Magdalena Brzezińska

Kilka dni później, tuż pod granicą z Chinami, nad jeziorem Pangong, budzę się pewnego ranka, patrzę, a tam na podwórku przed budynkiem obok stoi mój dziadek! No szok! Zbieg okoliczności? Ja twierdzę, że nic w życiu nie dzieje się przez przypadek. Uściskaliśmy się serdecznie. Podszedł do mnie jego syn z żoną i bardzo mi podziękował za opiekę nad ojcem w Spituk.
– Plesaure is mine – odpowiedziałam z uśmiechem.
Kiedy podeszłam do Nidhina i Altafa, mój kolega powiedział:..
– Widziałaś? Twój nowy chłopak tu jest!
I cała nasza trójka wybuchnęła gromkim śmiechem.
Po powrocie do kraju, tak jak obiecałam, wysłałam mailem mojemu dziadkowi zdjęcia. Niestety, nigdy mi na tę wiadomość nie odpowiedział.

poprzednie posty z tej samej podróży:
http://rajzefiber.com.pl/zlota-godzina-w-leh/
http://rajzefiber.com.pl/hemis-i-ranchos-school-w-shey/
http://rajzefiber.com.pl/wystepy-folklorystyczne-chushot-gongma-ladakh/
http://rajzefiber.com.pl/festiwal-polo-ladakh-2016/
http://rajzefiber.com.pl/matho-stok-i-baktriany/
http://rajzefiber.com.pl/ladakh-kraina-wysokich-przeleczy/
http://rajzefiber.com.pl/keylong-aklimatyzacja/
http://rajzefiber.com.pl/w-drodze-do-keylong/
http://rajzefiber.com.pl/z-hajerem-w-manali/
http://rajzefiber.com.pl/manali/
http://rajzefiber.com.pl/dharamsalamcleod-ganj-sladami-dalajlamy-cz-2/
http://rajzefiber.com.pl/dharamsalamcleod-ganj-sladami-dalajlamy-cz-1/
http://rajzefiber.com.pl/no-to-jadymy/ 

Złota godzina w Leh

18 lipca 2016 r.
Do Leh dotarliśmy około godziny 14.00. W samą porę, ponieważ pałac był otwarty dla turystów do godziny 16.00. Budowę pałacu rozpoczął król Tsewang Namgyal w 1553 r. Na miejsce siedziby wybrano wzgórze Tsemo, wznoszące się nad stolicą państwa – Leh. Podczas budowy wzorowano się na tybetańskim pałacu Potala w Lhasie, zimowej rezydencji władców Tybetu. Prace nad budową obiektu ukończył bratanek Tsewanga, Sengge Namgyal w I poł. XVII w. Pałac ma 9 pięter. Na wyższych piętrach rezydowała rodzina królewska. Znajdowały się tam również świątynie i sala tronowa.
Do roku 1834 pałac był siedzibą królów Ladakhu z dynastii Namgyal. Wtedy to pałac zniszczył lud Dorga, a rodzina królewska przeniosła się do pałacu w Stok (http://rajzefiber.com.pl/matho-stok-i-baktriany/).

Występy folklorystyczne – Chushot Gongma, Ladakh

17 lipca 2016 r.
Po emocjach sportowych związanych z finałowym meczem Festiwalu Polo w Chushot Gongma, nadszedł czas na ceremonię zamknięcia tego corocznego wydarzenia. Zupełnie nie spodziewałam się, że dane mi będzie zobaczyć występy artystyczne grup etnicznych z tego regionu. Na boisku pojawiły się ekipy porządkowe, które w błyskawiczny sposób zaaranżowały scenę, rozkładając na ziemi dużego rozmiaru plandeki. Natychmiast przybyło mnóstwo ludzi pragnących z bliska zobaczyć artystów. Moja dobra miejscówka okazała się być nie najlepszą podczas tych pokazów. Mój obiektyw nie był dostosowany do zdjęć z tak dużej odległości, na dodatek stale ktoś mi zasłaniał pole widzenia. Pierwszym punktem programu była sztuka pt.: ”Abi –Apo” (babka-dziadek). Demoniczne stroje, świdrująca w uszach muzyka, uboga choreografia. Powiem Wam, dziwne to było!

Hemis i Rancho’s School w Shey

18 lipca 2016 r.
Wczesnym rankiem byliśmy umówieni z Sonamem na kolejną całodzienną wycieczkę po okolicach Leh. Tym razem miały to być miejscowości Hemis, Thiksey i Shey. Niestety Sonam nie zjawił się i nie odbierał telefonu. Trzeba było organizować sobie nową taksówkę. Najpierw jednak postanowiliśmy pójść do pobliskiej restauracji na śniadanie. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, ale zafundowałam sobie śniadanie po francusku. Zamówiłam kawę z mlekiem, croissanta z dżemem i na dobitkę ciacho z czekoladą z „German Bakery”. Taki wybryk, który już do końca wyjazdu nie powtórzył się 😀
Udało się dogadać z innym taksówkarzem (generalnie koszty takich wyjazdów jak na warunki Indyjskie nie były małe). Dla odmiany miał na imię… Sonam, więc od razu otrzymał ode mnie przydomek „II”. Sonam II był siwym, małym, milczącym dziadkiem, nie mówiącym po angielsku. Jedynym językiem ułatwiającym nam komunikację był hindi. Taksówką był czarny mini busik bez radia. Wiało straszną nudą. Pogoda też była jakaś szaro-bura. Nidhin narzekał, że przez taką aurę, która towarzyszy nam od początku podróży, nie zrobił ani jednego dobrego zdjęcia – cytuję! No cóż, nie od dziś wiadomo, że światło w fotografii jest bardzo istotne, ale bez przesady.

Festiwal Polo – Ladakh 2016

17 lipca 2016 r.

Uwielbiam konie i na mojej liście marzeń zawsze było obejrzenie meczu polo w niecodziennej, górskiej scenerii. Co prawda myślałam o najsłynniejszym festiwalu w okolicach Przełęczy Shandur (w regionie Chitral, w Pakistanie), ale w końcu tradycja polo w indyjskim Ladakhu jest niemalże tak samo długa i silna, o czym za chwilę opowiem. Przed wyjazdem do Ladakhu sprawdziłam w Internecie jakie festiwale odbywają się w terminie mojej podróży. Aż oczy mi się zaświeciły z radości, kiedy na liście zobaczyłam festiwal polo. Był to sześciodniowy festiwal (11-17 lipca 2016 r.) w wiosce Chushot Gongma położonej 13 km od Leh. Oczywiście w pierwszym dniu pobytu w Leh dopytywałam o to wydarzenie. Moja radość była ogromna, gdy dowiedziałam się, że właśnie tego dnia odbywa się mecz finałowy. Nie było innej opcji, musiałam na tym meczu być.

Pakistan 2017

Czas płynie nieubłaganie… Minęło już wiele miesięcy od mojego powrotu z Pakistanu. Trudno zatem mówić o wrażeniach na gorąco, ale mimo upływu czasu wspomnienia nadal są żywe. To, że chciałam kiedyś wrócić do tego kraju było pewne, natomiast decyzja o wyjeździe w lipcu ubiegłego roku była bardzo spontaniczna. Organizacja wyprawy ruszyła z kopyta pod koniec maja. Jak zwykle największym problemem było uzyskaniem wizy. Pozwólcie, że przemilczę szczegóły dotyczące tej kwestii, być może kiedyś do tego powrócę w opowieściach. Wiadomość o otrzymaniu wizy dostałam dosłownie na 4 dni przed planowanym wyjazdem. Tak więc wiara w „niemożliwe” opłaciła się. Zaczęło się gorączkowe szukanie biletu lotniczego, pakowanie i w końcu wyjazd do ambasady w Warszawie. Wszystko dosłownie w ciągu jednej doby. Powiem Wam było warto!

Ósma podróż do Indii – moc jest ze mną!

fot. Nohkalikai Falls, Meghalaya, India 2018

„May the Force be with you” ** fot. Nohkalikai Falls, Meghalaya, India 2018

Po rocznej przerwie, czas reaktywować bloga 🙂
Podróżniczo działo się naprawdę dużo, a mimo to czułam ciągły brak weny. Wystarczało mi siły i chęci jedynie na publikację zdjęć, wraz z krótkimi komentarzami na Instagramie oraz Facebooku. Myślę, że jednak dobrze było dać sobie czas. Rozpoczynam pisanie z autentycznej potrzeby dzielenia się nowymi przygodami i refleksjami, a nie z poczucia obowiązku. Mam nadzieję, że stali czytelnicy będą dla mnie wyrozumiali i powrócą tu.
Opowieści zacznę od krótkiego podsumowania ostatniego wyjazdu z drugiej połowy lutego br., kiedy to odwiedziłam dwa indyjskie stany: Asam i Meghalaya.

Matho, Stok i baktriany

17 lipca 2016 r.
Pierwszy poranek w stolicy Ladaku Leh. Wykończona morderczą jazdą z Keylong, spałam jak kamień do godziny dziesiątej rano. O jedenastej trzeba było opuścić pokój i poszukać dogodniejszego lokum. Czułam się znacznie lepiej, niemniej jednak byłam bardzo osłabiona i doskwierało mi drętwienie obu rąk, co jak potem przeczytałam, jest często występującym działaniem niepożądanym po zażyciu acetazolamidu (lek stosowany w chorobie wysokościowej). Po założeniu na plecy 12 kg plecaka myślałam, że się przewrócę. Marzyłam, by ten dzień spędzić w Leh. Tym razem chciałam dać sobie czas, by wrócić do formy. Wyszliśmy z budynku i zobaczyłam ogród tonący w kwiatach. Ku mojemu zdumieniu były to kwiatki znane mi doskonale z naszych wiejskich ogródków. Poszliśmy na przystanek, gdzie stały małe busiki wożące turystów. Zapytaliśmy starszego taksówkarza o możliwości zrobienia sobie wycieczek wokół Leh. Najciekawszą propozycją był klasztor Hemis (43 km od Leh) i po drodze jeszcze kilka godnych odwiedzenia miejsc. Zapytałam o turniej polo, o którym czytałam jeszcze w Polsce. Idąc na przystanek widziałam plakat, z którego wynikało, że jest to właśnie ostatni dzień festiwalu oraz finałowy mecz. Sonam, bo tak miał na imię kierowca, potwierdził, że rzeczywiście jest taki festiwal i odbywa się on poza miastem. Nidhin zapytał o jakiś godny polecenia pokój i otrzymał od Sonama namiary na guest house w niedalekiej okolicy. Był to guest house Atisha, który prowadzili niezwykle uczynni i mili gospodarze. Dostaliśmy niewielki, ale bardzo czysty i słoneczny pokój z łazienką na ostatnim piętrze budynku. Znajdował się tam duży taras z ogrodem. Ucieszyłam się na wieść o wi-fi w budynku. Niestety w praktyce internet działał tylko raz na kilka dni i to przez krótki czas.

Ladakh – kraina wysokich przełęczy

16 lipca 2016 r.
Godzina 4.30. Niech żyją wakacje! O 5.00 z Keylong wyruszał nasz autobus do Leh. W związku z tym, że nocowaliśmy w pokoju na dworcu autobusowym, wystarczyło czasu na poranną  toaletę i szklaneczkę herbaty. Spakowani poprzedniego wieczoru, ruszyliśmy do autobusu. Nasze plecaki zabezpieczone odpowiednimi pokrowcami trafiły na dach pojazdu. Zajęliśmy miejsca numer 30 i 31. Niestety, był to koniec autobusu, gdzie oczywiście buja bardziej. Jęknęłam na myśl o 17 godzinach jazdy po krętych, górskich wertepach. Pasażerami byli głównie młodzi mnisi tybetańscy jadący do Leh. To wyjaśniałoby dlaczego stojąc jako pierwsi w kolejce po bilety dostaliśmy tak odległe miejsca. Obok nas siedziała para młodych Chińczyków. Po chwili szlag mnie trafił, gdy zobaczyłam dwie Angielki siedzące z przodu autobusu. Jak to jest możliwe? – zapytałam Nidhina – Przecież one kupowały bilety dużo później niż my! Na co usłyszałam odpowiedź mojego przyjaciela, najwyraźniej rozbawionego tą sytuacją: Pewnie się z kimś zamieniły miejscami. Jeśli chcesz, spróbuj zrobić to samo. Good luck! „Ożeż ty!…” – pomyślałam – Co? Ja nie spróbuję? No to zobaczymy! i ruszyłam w przód autobusu.

Indie Południowe styczeń / luty 2017

„Nic na świecie nie zdarza się przez przypadek.” Paulo Coelho fot. Raja's Tomb, Madikeri, Karnataka, India, 2017

„Nic na świecie nie zdarza się przez przypadek.”/ ‚Nothing in this world happens by chance’ Paulo Coelho. fot. Raja’s tomb, Madikeri, Karnataka, India 2017

Chyba nie zaskoczę nikogo mówiąc, że to była podróż inna niż wszystkie pozostałe. W zasadzie każda z tych siedmiu wypraw do Indii była jedyna w swoim rodzaju. Tę ostatnią jednak wypełniały emocje, od tych skrajnie negatywnych, po takie, które chętnie będę wspominać. Jak być może pamiętacie, zawsze lubię mieć wyjazdy dobrze zaplanowane. Ograniczona czasem, skrupulatnie planuję gdzie chcę być i co zobaczyć. Tym razem wszystko wymknęło się spod kontroli. I bardzo dobrze! W przeciwnym razie, chyba nie miałabym nic ciekawego do opowiedzenia. Po ostatniej, nader ekstremalnej wyprawie w Himalaje, tym razem miało być lajtowo. Wybrzeże Goa i Karnataki, bez gonitwy, pokonywania setek kilometrów, luz-blues, niemalże bierny odpoczynek i ładowanie akumulatorów po dość ciężkich dla mnie ostatnich trzech miesiącach. Rozczarowanie Goa (po raz drugi) było tak ogromne, że uciekłam w głąb kontynentu. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Cudowny region Coorg, fascynujący Mysore, nowoczesne Banglore. Nareszcie poczułam Indie takie jakie lubię. Kolorowe, pachnące przyprawami, smaczne, gwarne i wesołe, różnorodne i ekscytujące. Po prostu moje!