Tym razem dwa indyjskie stany Rajasthan i Gujarat przemierzałam jeżdżąc autobusami, bądź samochodami. Pociągi widziałam jedynie z daleka, choć to bardzo wygodny tutaj środek lokomocji. Lot samolotem zaliczyłam z Mumbaiu do Ahmedabadu, polecam. Szybko, miło i tanio, jeśli odpowiednio wcześnie kupi się bilet. Tuż po przylocie z Polski zaznałam jedynie kilka godzin błogiego snu, w końcu w łóżku, ale już o 4 rano lokalnego czasu wyruszyłam w towarzystwie dziewięciorga Hindusów do Pushkaru. Jechaliśmy dwoma fajnymi autkami, non stop przy dźwiękach indyjskich szlagierów. Nawet przez pewną część drogi udało mi się zaprezentować polskie przeboje, ale zgodnie z powiedzeniem: „lubimy tylko te piosenki, które już znamy”, nie wzbudzały one tyle emocji w moich towarzyszach podroży, co indyjskie melodie. Nad naszym bezpieczeństwem czuwał stojący na kokpicie Ganesh i bimbający pod środkowym lusterkiem bóg Hanuman.
Nie jeden raz moje oczy skierowane były ku bogom, bo jazda w Indiach była ostra. Klakson i hamulec najważniejsze. To istny cud, że przez wszystkie te dni podróży w Indiach nie zachorowałam na chorobę lokomocyjną. Normalnie, w tych samych warunkach w Polsce byłabym co najmniej zielona. A może to mój błędnik został zmylony pozycją kierowcy po lewej stronie w aucie? Hahaha, któż to wie?! Tak, czy inaczej jechaliśmy cały dzień ok. 550 km z przystankami na jedzenie. W aucie ze mną jechał mój tutejszy guru Harshul, jego kolega Ankit, który był kierowcą i dwie przesympatyczne dziewczyny: Gini i Siddhi. Wszystko było pięknie dopóki mówili cokolwiek po angielsku. Jak zaczęli rozmawiać w swoim gujarati, no to siedziałam jak to ciele. Tak więc lepiej jak śpiewali

Przystanek na jedzenie. Od lewej Falgun, Gini, ja, Tulsa i Dhairya oraz ogromny dog. Indie 2014 © Magdalena Brzezińska
To była bardzo luksusowa część tej podróży. Dalej nie było już tak różowo. Po czterech niesamowitych dniach i trzech nocach w Pushkarze moi koledzy powoli zaczęli myśleć jakby tu wyekspediować mnie już samą do Jodhpuru (towarzystwo musiało wracać do Ahmedabadu, a ja uparłam się na Jodhpur i Udaipur alone). Pierwotnie miałam jechać autobusem z Ajmeru, ale właściciel guest house’u z Pushkaru (niech go diabli) namówił mojego przyjaciela na usługi lokalnego przewoźnika z Pushkaru do Jodhpuru. Autobus wyruszał z miejsca pobytu, dobra moja. Harshul mógł zastanowić się dlaczego ten bilet taki tani, jedyne 200 rupiaszków (przestroga dla innych). W dniu X o godz. 6.00 pracownik guest house’u miał mnie odwieźć na motocyklu na dworzec autobusowy. Wstaję znowu o 5.00 rano (wakacje…), a tu cały dom śpi snem głębokim. W końcu znajduję jakąś Hinduskę, ale ta nie mówi po angielsku. Pokazuje mi wrota kamienicy, że zamknięte. No to pięknie… Po kilku minutach lokalizuję pokoje właściciela i walę do drzwi. Wychodzi zaspany i po omacku idzie do swojego pracownika, by wywalić go z łóżka. Dzięki Bogu, uratowana! Jedziemy po ciemku na dworzec. Po ciemku, bo wschód słońca był koło siódmej. Zajeżdżamy na dworzec pożal się Boże… Pokazuje mi mój autobus i odjeżdża.
Idę do autobusu, a tam mówią mi, że ten nie jedzie do Jodhpuru. Fajnie jest…. Pytam ludzi w barze, a ci twierdzą, że właśnie ten jedzie do tego miasta. Okay. Bilet miałam sprawdzany jakieś dziesięć razy. Okazało się, że ja mam bilet, ale mój plecak nie. Wpakowałam swój bagaż w wór ochronny i kupiłam „mu” bilet. Ujrzałam na niebie lecące balony. W tym samym czasie odbywał się w Pusharze festiwal balonowy.
Do odjazdu jeszcze pół godziny. Co tu robić? No oczywiście chai masala, czyli herbatka po indyjsku z mlekiem i przyprawami. Tak więc na głodniaka, jedynie po herbacie (później doceniłam, że mam pusty żołądek ) wsiadłam do autobusu. A tam szoferka a’la świątynia. Posążki, kwiatuszki, palące się kadzidełka (już od tego zapachu chciało mi się wymiotować). Kierowca odprawia modły…
O ja naiwna jeszcze wtedy nie wiedziałam dlaczego on modli się. Powoli zaczęli pojawiać się inni pasażerowie, a z nimi „bieda i ubóstwo”. Pierwszy i ostatni raz zachowałam się tu jak świnia. Nie chciałam, by ktoś usiadł koło mnie. Wredna baba. Skutecznie odpędzałam potencjalne towarzystwo, aż do momentu kiedy wsiadł do autobusu stary Radżasthanin, o pięknych rysach twarzy. Dumnym wzrokiem dał mi do zrozumienia, bym natychmiast zabrała swe blade nogi z siedzenia, na którym to chciał usiąść. Bez szemrania poddałam się jego woli. Miał piękny turban, charakterystyczny biały kaftan, spodnie przypominające bryczesy, a w uszach kolczyki. Dziadek był bardzo czyściutki, to trzeba przyznać. Z ukrycia strzeliłam mu fotę. Patrząc teraz na nią, chyba model zorientowała się co robię
Autobus zapełnił się po brzegi, ludzie stali też w korytarzu. Ruszyliśmy… cdn.
Piękny początek , wspaniały pobyt na indyjskiej ziemi się szykuje … Podziwiam Ciebie , po wstępie jest niesamowicie odważna …
Dziękuję, ale wcale do odważnych nie należę. Czasem tylko przełamuję własne „strachy”
No jestem pod wielkim wrażeniem – jak zawsze. Mimo trudów podróży – ze wspomnień wylewa się sztubacka wręcz radość i podekscytowanie przeżywaną przygodą. Widać, że potrafisz też czerpać wartość z samego „bycia w drodze”. Nawet nie wspominasz o tym, że czekasz na cel podróży
Jest to stan mi raczej nie znany. Może w tym celu powinnam wybrać się do Indii?
Chłoniesz wrażenia – dźwięki, zapachy, otaczających ludzi /jacy/kie by nie byli/ły/.
Magdalena rządzi nawet gdy daje się zdominować „dojrzałym” hindusom. Wcale się zresztą nie dziwię – jakby usiadł obok mnie, miałabym chyba gęsią skórkę. Dobrze, że Cię nie zjadł.
Czekam na cd.
Po prostu kocham Twoje komentarze. Weź Ty się kobieto za bloga, będę Twoja najwierniejszą fanką!
Obiecuję cd. Obecnie nadal jestem w drodze. Minął tydzień od powrotu z Indii, a ja już byłam w Piotrkowie Trybunalskim, w Chotowej k.Dębicy (trasa Tarnów-Rzeszów), Słupsk, a teraz pozdrawiam z Gdańska.