3500 schodów do nieba

Palitana Jeśli zapytacie mnie o najpiękniejsze miejsce w Indiach, bez zastanowienia odpowiem Palitana (stan Gujarat). Tak, tak, nie Waranasi, nie Agra, nie Puszkar, a właśnie pielgrzymka na świętą górę dżinizmu, to moje najpiękniejsze wspomnienie, jak do tej pory, z tego kraju. Pewnie dziwicie się dlaczego piszę o tym dopiero po 1,5 roku. Może dlatego, że chciałam jak najdłużej te chwile zostawić tylko dla siebie? 😉 W Palitanie, zwanej „Miastem Świątyń” zatrzymałam się z Milanem w domu wdowy po jego bracie, mieszkającej ze swoimi ślicznymi, dwiema córkami, Nini i Brindą w piętrowym domku z małym ogrodem. Czułam się z nimi znakomicie, może kiedyś o tym napiszę więcej. Po śmierci brata, na Milanie spoczęła opieka nad jego rodziną, w tym również finansowa. Po zwiedzeniu świątyni Hastagiri przyszedł czas na wypoczynek. Dostałam mega wielkie łoże na piętrze, ale długo nie dane mi było pospać. Pobudka była przed czwartą rano, by wschód słońca podziwiać ze szczytu góry Shatrunjaya. Dlaczego? Już Wam wyjaśniam.

Kompleks świątynny w Palitanie uważany jest za najważniejsze miejsce dla wyznawców dżinizmu w całych Indiach. Napisałam kompleks świątynny, gdyż na szczycie wzgórza (2.221 m n.p.m.) znajdują się aż 863 świątynie (różne źródła podają różną ich ilość, niektóre mówią nawet o 1008), widoczne z czterech stron świata. Czy możecie sobie coś takiego wyobrazić? Mnie było ciężko, dopóki sama tego nie zobaczyłam na własne oczy. Świątynie były budowane przez 900 lat! W 1311 r. zostały zburzone przez muzułmanów tureckich, po czym rozpoczęto żmudną odbudowę. Dżiniści powinni raz w życiu odbyć pielgrzymkę na święta górę, by osiągnąć nirwanę. Podobno w czasie pory monsunowej świątynie są zamknięte. Przed wyprawą lepiej sprawdźcie tę informację, ja głowy nie daję.

 Muszę się przyznać, że przed pielgrzymką, nie poczytałam sobie o tym miejscu, więc z jednej strony to dobrze, bo szłam bez oczekiwań i nastawienia, a drugiej zaś beznadziejnie, bo mając pewne informacje nie popełniłabym kilku gaf. Jedną z rzeczy, których nie byłam świadoma, to fakt, że na pielgrzymkę wyrusza się na czczo. Troszkę zdziwiłam się, kiedy po pobudce nie dostałam nawet skromnego śniadania, choć o tej porze, to szczerze mówiąc i tak nie wcisnęłabym nic w siebie. Pomyślałam, że Milan jak to chłop, nie umie przygotować bez kobiety czegoś do jedzenia, zwłaszcza nie we własnej kuchni. W domu nawet o bardzo wczesnej porze staram się coś jeść, by potem nie przewrócić się o własne nogi. Jakoś głupio było mi zapytać o śniadanie, więc profilaktycznie załadowałam do mojego nieśmiertelnego, niebieskiego plecaczka jabłko, scyzoryk i butelkę wody.

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Doli, Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Wsiedliśmy do czerwonego pick-u’pa Milana, po kilku minutach byliśmy na placu, gdzie zaczynać się miała nasza około 2-godzinna wędrówka. W miejscu tym aż roiło się od nosideł, zwanych tu doli (dhooly lub doolie – sedan chair). Na górę można było być wniesionym. Doli były dwojakiego rodzaju, w zależności od wagi niesionego: oparte na 2 drągach i niesione przez 4 osoby lub wersja dla lżejszych, na jednym drągu niesiona przez 2 osoby. Z tej formy pielgrzymki często korzystali starsi mnisi, bądź mniszki. Ciekawostką jest, że mniszkę mogły nieść tylko i wyłącznie kobiety. Mężczyzna nawet mniszki nie może dotknąć. Drugą ciekawostką jest fakt, że w kompleksie świątynnym nikt nie może nocować, nawet mnisi. Nocą jest to miejsce wyłącznie dla bogów. Tak więc wracając do mojej opowieści, aż roiło się od doli. Milan zapytał, czy nie chciałabym skorzystać z takiego transportu na górę. Musielibyście zobaczyć moje święte oburzenie. Co? Ja? Przecież nie jestem Kleopatrą, by niesiono mnie w lektyce! – odpowiedziałam. Była piąta rano. Wschód słońca był dopiero koło siódmej. Tak więc w całkowitych ciemnościach zaczęliśmy wspinać się po schodach. Tłumy były niesamowite. Wszyscy szli w ciszy i skupieniu. Panowała atmosfera sprzyjająca modlitwie i kontemplacji. Muszę powiedzieć, że było to jedyne miejsce, gdzie moja biała skóra nie robiła na nikim wrażenia (jak już było jasno, również 😀 ). Nikt nie gapił się na mnie, stałam się niemal „przezroczysta” (a spotkałam tu tylko dwoje turystów z Europy). Bardzo mi to imponowało. Prawdziwa pielgrzymka!

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Doli klasyczne, na lekką osobę. Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Doli nieco inne, siedzisko w formie fotelika, a nie huśtawki. Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Po około 30 minutach marszu zaczęło mi się kręcić w głowie. Niestety zawsze rano mam bardzo niskie ciśnienie, z reguły 90/60, stąd każdy bez wyjątku poranek jest dla mnie koszmarem. Jakakolwiek aktywność poranna to dla mnie walka z samą sobą. Nigdy nie zdarzyło mi się obudzić wcześnie rano, by czegoś się pouczyć, zrobić coś, czego nie zrobiłam dzień wcześniej. Taki klasyczny typ sowy, która aktywna jest do północy, a nawet, pierwszej, czy drugiej w nocy. Tak więc marsz stał się dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Zaczęło mi się robić słabo, więc cierpliwy i opiekuńczy Milan, widząc co się ze mną dzieje, namawiał mnie do częstych przystanków. Głupio mi było jak nie wiem co. Zwłaszcza, że mijali mnie bosi mnisi, którzy niemal wbiegali na górę. Taki mnisi jogging. Milan wytłumaczył mi, że potrafią oni wejść i zejść z góry po kilka razy dziennie. Matko z córką! A ja tu sapię… w połowie drogi zaczęłam marzyć o doli. Taaaa… Kleopatra. Mówię sama to siebie: ale obciach, kurcze, przecież muszę tam wejść, nie ma innej opcji! Toteż zmieniłam strategię wchodzenia. Szłam po schodach na ukos i robiłam krótkie, i częste przystanki. Złamałam, jak się później okazało, zakaz picia wody (myślę, że nie będąc wyznawcą dżinizmu, nie będę się smażyć w piekle 😉 ). Po drodze odezwała się do mnie bardzo wysoka jak na warunki indyjskie mniszka. Uśmiechnięta, dziarsko maszerująca, stale w niedalekiej odległości od nas. Ciekawa była skąd przyjechałam. Życzyła mi wielu niezapomnianych wrażeń.

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Po lewej kobiety niosące mniszkę, po prawej mniszka, z którą zamieniłam kilka słów. Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Kompleks świątynny coraz bliżej. Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Zaczęło świtać. W końcu znaleźliśmy się u wejścia do świątyń. Oczom naszym ukazał się bajeczny wschód słońca. Zdjęcie tego zupełnie nie oddaje.

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Wschód słońca, Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Przeszczęśliwa, usiadłam z Milanem u wejścia do świątyni. Przypomniałam sobie o jabłku. Wyjęłam je z plecaka, przekroiłam na pół i podałam Milanowi. Nagle znalazł się obok nas stary mnich i jak nas nie opier… Matko! Poczułam się jak Ewa, co to skusiła Adama tym samym owocem. Grzech…

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Wejście do świątyń. Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Drugie faux pas nastąpiło kilka minut później. Po przejściu przez bramę, na której widniał napis o bezwzględnym zakazie fotografowania (podobno jeszcze kilka lat temu, można było robić zdjęcia do woli), Milan spotkał kolegę sprzedającego kwiaty, będące ofiarą dla bogów. Milan urodził się w Palitanie, więc znajomych miał tu na każdym kroku. Kwiaty były misternie poukładane na talerzykach. Głównie były to obłędnie pachnące róże. Nie mogłam się powstrzymać, by nie sięgnąć po jeden z takich talerzy i nie zanurzyć w nim swojego nosa. Musielibyście zobaczyć minę sprzedawcy! Natychmiast odstawiłam kwiaty, ale okazało się, że zostały one moim kinolem zbrukane. Facet szybkim ruchem wyrzucił całą zawartość talerza do śmieci. Zrobiłam się pąsowa niczym roża. Milan uspakajał mnie, że nic się nie stało, a jego kolega widząc, że uwielbiam ten zapach podarował mi jedną ze swoich róż. Po prostu mistrzyni faux pas, jak zwykle.

Świątynie były wykonane z marmuru. Milan był w lekkim szoku, gdyż pamiętał swoją ostatnią tam bytność i wszystkie budowle były pokryte czarnym nalotem, co potęgowało ich piękno. Raz na jakiś czas podlegają one renowacji i malowane są na rudo-żółty kolor, który trochę szpeci. Wędrowaliśmy od świątyni do świątyni. Wspięliśmy się na sam szczyt, skąd roztaczała się przepiękna panorama na okolice i wiał przyjemny, orzeźwiający wiaterek. Dokładnie pamiętam ten moment. Byłam najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi! Może dlatego, że z takim trudem tu dotarłam i nie byłam świadoma jaka niespodzianka czeka mnie na górze. Takie cudo, zupełnie u nas nieznane.

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Nie mogłam przeboleć, że jest zakaz fotografowania. Nie można? To nie można. Wiecie, raczej należę do grupy zdyscyplinowanych turystów. Milan nie wytrzymał, wyjął z plecaka mój aparat i pstryknął jedno zdjęcie w cudownym, długim korytarzu o dziesiątkach kolumn i ołtarzykach. Wnętrza dżinijskich świątyń były misternie rzeźbione, co krok było widać koronkową pracę budowniczych. Najwspanialszą i główną świątynią była świątynia ku czci Adinatha, pierwszego Tirthankhary, będąca na wierzchołku północnego skrzydła kompleksu. Na górze znajdował się balkon, z którego widać było główną salę w całej okazałości. W centralnym miejscu znajdowała się ogromna postać „idola”, wykuta z jednego kawałka marmuru, o kryształowych oczach. Tłumy pielgrzymów modliły się w tym niezwykłym miejscu. Milan namawiał mnie, bym poszła pomodlić się również. Co? Ja, agnostyczka? Już nawet zapomniałam u nas jak to jest modlić się, a co dopiero tam, do dżinijskiego bożka. Milan na to: „No idź! Zrób to własnymi słowami. Przecież chyba masz o co się pomodlić?”. Tracąc cierpliwość niemal popchnął mnie bosą w tłum modlących się. I tak zaczęłam swoją modlitwę. Nie zapomnę tego nigdy. Panowała tam taka niezwykła atmosfera, że nawet teraz pisząc o tym mam ciarki na plecach.
Po zwiedzeniu świątyń postanowiliśmy powoli zacząć schodzić z góry, by uniknąć upału, który w południe był nie do zniesienia (był to listopad 2014, temperatury grubo powyżej 30C). Opuściliśmy mury otaczające świątynie. Milan pokazał mi miejsce, z którego widać było budowle, a stamtąd można było robić zdjęcia bez problemu.

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Kompleks świątynny w Palitanie, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Kompleks świątynny w Palitanie, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Parę kroków dalej był meczet Angar Pir zbudowany za czasów Mogołów. Przy grobie jakiegoś sufickiego świętego było widać wota, ofiarowane przez ludzi w jakiejś intencji. Na mnie ogromne wrażenie zrobił rządek inhalatorów, zapewne złożonych przez astmatyków (lub chorych na COPD) po odzyskaniu zdrowia. Zobaczyć można było srebrne huśtawki, mnini części ludzkiego ciała itp. Spotkaliśmy tam grupę znajomych Milana. Zaprosili nas na herbatę. Panowie rozmawiali w języku gujarati, ja zaś chłonęłam magiczny wręcz klimat tego miejsca, popijając ciaj.

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Angar Pir. Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Inhlatory, osób, które chorobały na astmę. Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Dary wotewne. Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Po kwadransie ruszyliśmy w dalszą drogę. Czułam się wyśmienicie i mimo tego, że zejście wcale nie należało do najprostszych, tym razem nie było ze mną problemu. Po drodze mijaliśmy kobiety wnoszące na głowach różne dziwne przedmioty. Niektóre z nich maszerowały z czymś przypominającym drzwi. Ładne rzeczy, ja ledwo wskrabałam się na tę górę, a te jeszcze robiły to bez wysiłku z takim załadunkiem!

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Bez komentarza… Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Szok! Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

U podnóża góry czekała na mnie niespodzianka. Anandji Kalyanji Trust. Jest to jadłodajnia dla pielgrzymów, założona w 1720 roku i działająca nieprzerwanie do dziś. Dla każdego pielgrzyma charytatywnie oferująca posiłek, po okresie postu podczas wejścia i modlitwy na górze.  Coś pikantnego, coś słodkiego i do picia woda i herbata. Stołówka ogromna, dania serwowane na metalowych thali.

Anandji Kalyanji Trust, Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Anandji Kalyanji Trust, Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Po wyjściu ze stołówki zobaczyłam jeszcze inne dziwne „coś”. Była to gigantyczna postać Buddy. Bohomaz jakich mało, za przeproszeniem. Taki nasz Jezus ze Świebodzina.

 Postument Buddy w Palitanie, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska


Postument Buddy w Palitanie, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Wróciliśmy na plac, gdzie stał nasz samochód. Parkowały też tam przepięknie malowane dwukółki zaprzężone w małe koniki. Oczywiście jako wielbicielka koni nie odmówiłam sobie pamiątkowej foty.

Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

Taka piękna kolaska 🙂 Palitana, Indie 2014 © Magdalena Brzezińska

I jak Wam się podoba moje najpiękniejsze wspomnienie z Indii? Macie też podobne wspomnienia, takie pozytywne zaskoczenia  z Waszych podróży? Jeśli tak, opiszcie je pokrótce w komentarzu.

 

6 comments on “3500 schodów do nieba

  1. Jozi

    Tej relacji na żywo mi brakowało.Od roku zbierałem w internecie materiały dot. Palitany -szczególnego miejsca w zakresie architektury i kultu religijnego.Teraz widzę,że moje poszukiwania były uzasadnione.Swietna opowieść ,pełna przygód i przelanego potu.A ten konik w skarpetach , z woźnicą w bluzeczce …..bezcenny.Są ciekawe miejsca na ziemi.

  2. Patrycja

    Od dawna Pani blog mnie ciekawił! Poproszę więcej takich zachwycających i zachęcających opowieści! Pozdrawiam 🙂

    1. Rajzefiber

      Bardzo się cieszę, że się podoba. Właśnie wróciłam z Indii, mam mnóstwo nowych przygód do opisania 🙂

  3. Robert

    Już nawet nie pamiętam jak trafiłem na Twoja stronę w czeluściach internetu, ale mnie wciągnęła. Piszesz barwnie i ładnie, tak ze człowiek nie może się oderwać. Jak widać Indie maja to do siebie, ze można się w nich zakochać bez pamięci. W lutym jadę tam po raz piaty, i za każdym razem jest mi mało 😉 tymczasem Twój profil na fejsie tez pośledzę. Pozdrawiam 🙂