Manali

mx1111-12 lipca 2016 r.
Bez większego żalu w gorący, lipcowy wieczór opuściliśmy Dharamsalę. Wsiedliśmy do całkiem komfortowego autobusu tuż pod naszym guest house’m. Był to jadący do Manali tzw. semi sliper z półleżącymi siedzeniami. Humory dopisywały, choć jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy co nas czeka po drodze. Ewidentnie zbierało się na burzę. W autobusie było sporo białych turystów. Nic dziwnego z resztą, osoby, które chciały jechać z Dharamsali do Kaszmiru musiały zmienić plan podróży. Tak więc celem stało się Manali, z którego to wiedzie droga The Leh–Manali Highway do Ladakhu. Po niespełna godzinie jazdy rozszalała się burza. Pioruny waliły niemiłosiernie, padał ulewny deszcz. Autobus wyglądał jakby go polewano strażacką sikawką. Do pokonania był dystans ok. 240 km, ale droga wiodła przez wysokie góry. Podczas błysków, z jednej strony widać było urwiska, z drugiej pionową ścianę skał. Na dodatek wyluzowany kierowca prowadził pojazd jedną ręką, drugą zaś  trzymał telefon i przez cały czas głośno przez niego rozmawiał. Ja na szczęście siedząc przy oknie, żyłam w przeświadczeniu, że nasz szofer prowadzi konwersację z pilotem siedzącym obok. Widząc co się święci, starałam się jak najszybciej zasnąć, Nidhin zaś stwierdził, że na trzeźwo zdzierżyć się tego nie da i z małej butelki powoli sączył whisky z colą. „Nie wiem jak Ty, ale ja wolę umrzeć we śnie” – rzekłam do swojego towarzysza podróży, podskakując ze strachu przy kolejnym uderzeniu pioruna. Nie czując się najlepiej szybko zasnęłam, nawet przystanek w nocy nie wybił mnie na szczęście ze snu. Nad ranem Nidhin obudził mnie, mówiąc, że już zbliżamy się do celu. Usłyszałam, że niemal całą noc nie zmrużył oka, a nad ranem droga była najgorsza. Widoki sprawiały, że włos na głowie stawał mu dęba. Takie to atrakcje mnie ominęły! 😀 Był szaro-bury, wczesny poranek. Wysiedliśmy z autobusu, trzeba było dostać się do kwatery, którą poleciła mi moja indyjska koleżanka Tulsa. Wokół autobusu krążyło sporo ludzi, którzy namawiali turystów do kupienia u nich noclegu. Zaczepił nas sympatyczny Hindus w średnim wieku, zachęcając do skorzystania z jego oferty. Twierdził, że wybrane przez nas miejsce jest położone w centrum, przy hałaśliwej ulicy, zaś jego lokum jest spokojne, sprzyjające dobremu wypoczynkowi. Oferował też dojazd na miejsce. Po krótkiej naradzie pojechaliśmy tam, gdzie miało być spokojniej, cena też wydawała się do zaakceptowania. Pamiętając nasze przygody z McLeod Ganj zastrzegliśmy sobie prawo do podjęcia ostatecznej decyzji będąc już na miejscu. Samochód jechał uliczkami Old Manali, gdy nagle kierowca zobaczył idącego z plecakiem białego turystę. Nasz Hindus nie mógł przepuścić takiej okazji, by nie zapytać, czy obcokrajowiec nie szuka pokoju. Mężczyzna odwrócił się i o mało nie padłam z wrażenia. „Hajer?!” – krzyknęłam. Na co usłyszałam odpowiedź: „Madzia??? Chyba ducha twojego widzę!” Radości i śmiechu nie było końca. Taki traf! Odnaleźć się w wielkich Indiach, przy zupełnie innych planach podróży. Oczywiście Hajer do Śrinagaru nie dojechał z powodu zamieszek. Z Jammu postanowił pokonać przeszło 400 km do Manali, skąd chciał pojechać do Ladakhu, w którym to bardziej już spodziewałam się go spotkać. Przyznacie, że był to niesamowity zbieg okoliczności. Powinnam chyba zacząć grać w Lotka. Przedstawiłam sobie obu panów. Powoli zbliżaliśmy się na miejsce położone na obrzeżach Old Manali. Samochód dojechał tylko do pewnego momentu, potem trzeba było wziąć plecaki i pomaszerować kilkaset metrów. Okolica była urokliwa, stare domy, ogrody z jabłoniami, widoki jak na polskiej wsi. W końcu naszym oczom ukazał się piętrowy, biały budynek z niebieskimi detalami i drewnianymi krużgankami. Hajer wybrał tani pokój bez łazienki, my zaś vis a vis nieco większy z całkiem ładną łazienką. Po krótkim odpoczynku i odświeżeniu się po podróży, niezależnie od siebie postanowiliśmy zwiedzić okolice.

Tak wyglądało sąsiedztwo naszej kwatery. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Tak wyglądało sąsiedztwo naszej kwatery. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Manali to bardzo popularna miejscowość w Indiach, do której przybywają turyści z całego świata. Przyjeżdżają tu też Hindusi, szukający latem chłodu i wytchnienia od upałów panujących w pozostałej części kraju. Miasto znajduje się w stanie Himachal Pradesh, w zachodnich Himalajach. Położone jest nad rzeką Beas, pomiędzy trzema pasmami górskimi: Himalajami Wysokimi, Pir Panjal, Dhaula Dhar na wysokości ok. 2000 m n.p.m. Jest to doskonałe miejsce na wypady trekkingowe. Można tu też uprawiać sporty m.in. takie jak rafting, paralotniarstwo, czy zimą narciarstwo. Manali przypomina mi charakterem nasze polskie Zakopane. Oprócz klimatu i pięknej przyrody miasteczko to słynie jeszcze z innej rzeczy. Niemal na każdym kroku rosną tu konopie indyjskie, tak więc jest ono celem podróży starych hipisów i młodych ćpunów z całego świata. Gdzieś przeczytałam, że Manali jest wymieniane jako jedno z czterech najsłynniejszych miejsc na świecie znanych z turystyki narkotykowej, bo „gandzia” jest tu naprawdę łatwo dostępna. Wieczorem miasteczko tętni życiem, pełno tu knajpek o swojsko brzmiących nazwach, takich jak Bob Dylan’s Cafe, Zeppelinn Cafe, czy The Lazy Dog.

Wszechobecne konopie indyjskie, czyli marihuana dla każdego. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Wszechobecne konopie indyjskie, czyli marihuana dla każdego. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Nidhin i ja przed dalszą podróżą do Ladaku spędziliśmy w Manali dwa dni starając się zobaczyć jak najwięcej ciekawych miejsc. Dostaliśmy od właściciela guest house’u mapkę i motorikszą wyruszyliśmy na poszukiwanie zaznaczonych na niej świątyń. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od najbliżej położonej Manu Maharishi Temple. Jest to jedyna istniejąca świątynia w Indiach poświęcona kultowi Rishi Manu. Manu był mędrcem, który według hinduskiej mitologii stał się ojcem cywilizacji. Był kimś podobnym do biblijnego Noego. Został on ostrzeżony przez awatara boga Wisznu przed wielką powodzią. Manu zbudował gigantyczną łódź, na którą zabrał swoją rodzinę, zwierzęta i rośliny. Na arce przetrwał potop. Ziemia, gdzie stanął po ustąpieniu deszczu, stała się miejscem, na której zbudowano świątynię. Styl architektoniczny tej budowli przypomina do złudzenia nasz podhalański. Wnętrza świątyni wykonane są z kamienia i drewna.

Manu Temple, Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Manu Temple, Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Manu Temple w środku. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Manu Temple w środku. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Kolejną „góralską” świątynią, którą odwiedziliśmy była Hadimba Temple poświęcona bogini Hidimbi Devi, postaci z eposu Mahabharata. Sanktuarium zbudowano w roku 1553, na skale, w środku cedrowego lasu. Do wnętrza świątyni prowadzą misternie rzeźbione, drewniane drzwi. W środku znajduje się skała i malutki wizerunek bogini. By zobaczyć to, musiałam stać w naprawdę długiej kolejce. Wokół świętego miejsca pełno było handlujących najróżniejszymi rzeczami. Można było zrobić sobie zdjęcie z gigantycznym królikiem, przejechać się na jaku, czy kupić ludową czapeczkę. Nidhin postawił na folklor, czapka była jego 🙂

Hadimba Temple, Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Hadimba Temple, Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Ogromne jaki czekające na turystów. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Ogromne jaki czekające na turystów. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Charakterystyczne dla rejonu Manali męskie czapeczki. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Charakterystyczne dla rejonu Manali męskie czapeczki. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Ostatnią, zwiedzoną tego dnia świątynią była buddyjska, kolorowa Manali Gompa, znana także jako Gadhan Thekchhokling Gompa. Zbudowana została w 1960 roku przez tybetańskich uchodźców. Klasztor był niewielkich rozmiarów, ale niezwykle urokliwy. Otaczał go pięknie ukwiecony ogród.

Buddyjska Manali Gompa. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Buddyjska Manali Gompa. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Modląca się przy użyciu młynków modlitewnych Tybetanka. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Modląca się przy użyciu młynków modlitewnych Tybetanka. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Modlące się kobiety przed wejściem do klasztoru. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Modlące się kobiety przed wejściem do klasztoru. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

mxdsc_03700Lunch zjedliśmy w restauracji przy głównej ulicy Manali, która jako żywo przypominała nasze Krupówki. Po posiłku wróciliśmy do kwatery, Nidhin musiał odespać zarwaną noc, a ja z przyjemnością wypiłam kawę z Hajerem, słuchając jego barwnych opowieści. Pękałam przy tym ze śmiechu. Hajer był w Manali nie pierwszy raz, polecił nam spacer do położonej kilka kilometrów od guest house’u opuszczonej, starej wioski. Nidhin zapalił się do tego pomysłu mając nadzieję na zrobienie ciekawych zdjęć. Początkowo pomyliliśmy drogę. Szliśmy pod górę jakimiś dziwnymi, stromymi ścieżkami. Na szczęście napotkany po drodze chłopiec pokierował nas na właściwy szlak. Okolice były niesamowicie malownicze. Szliśmy zboczem, które porośnięte było bardzo wysokimi drzewami. Przyjemny chłód i ani żywej duszy oprócz nas. Pokonywaliśmy kolejne kilometry, a wioski nie było widać. Nidhin zaczął narzekać na ból spuchniętego kolana. Kontuzja po upadku z drzewa mango dawała mu się we znaki. W końcu mój towarzysz stwierdził, że dalej nie pójdzie. Widząc, że nie mam ochoty poddać się, namówił mnie do marszu w pojedynkę. Obiecał na mnie poczekać. Wydawało mi się, że jesteśmy blisko celu. I co? Durna poszłam sama. Co z człowieka rozsądkiem robi żądza fotografii! Idę, idę, idę i końca nie widać. Po długim marszu jest w końcu pierwsza chata. Nie tak tę wioskę sobie wyobrażałam. Nic ciekawego. Nagle z krzaków wyłonił się jakiś Hindus. Serce stanęło mi w gardle. „No to pięknie Brzezińska… Bierz ty lepiej nogi za pas, póki czas!”- mówię do siebie. Ja w tył zwrot, a facet za mną. Ja szybciej, on też. Już przed oczami miałam plakaty ze swoim zdjęciem jako poszukiwanej. Niczym plakaty Bruno Muschalika, młodego chłopaka z Zabrza, który zaginął właśnie w tych okolicach w sierpniu 2015 r. i nie odnalazł się do dzisiaj. Szłam tak szybkim tempem, że o mało płuc nie wyplułam. W końcu zobaczyłam, że dystans pomiędzy nami powiększa się i jestem już blisko miejsca, w którym rozstałam się z Nidhinem. Hindus zatrzymał się przy skale na zakręcie, a ja dobiegłam do Nidhina sapiąc: „Już nigdy… nigdy nie zostawiaj mnie samej!”. Wszystko skończyło się „happy endem”, ale do tej pory nie mogę wyjść z podziwu nad własną głupotą…

Opuszczona wioska. Widok dla którego nie warto było ryzykować. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Opuszczona wioska. Widok dla którego nie warto było ryzykować. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Wieczór spędziliśmy we wsi obserwując miejscowych chłopaków, grających w siatkówkę i plotkujące kobiety, noszące wielkie kosze z jakimś zielskiem dla owiec i bydła.

Mecz siatkówki w niezwykłym otoczeniu. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Mecz siatkówki w niezwykłym otoczeniu. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Mieszkanka Manali przed wejściem do domu. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Mieszkanka Manali przed wejściem do domu. Manali, Indie, lipiec 2016 r. © Magdalena Brzezińska

Jak to bywa na wsi, w naszym pokoju roiło się od much. Nidhin kichał co parę minut, dopadła go jakaś alergia i chodził zły jak osa, a ja zrobiłam się upierdliwa niczym latająca mucha. Zasnęłam z nadzieją, że z nowym dniem wróci nam lepszy humor.
cdn.
poprzednie posty z tej samej podróży:
http://rajzefiber.com.pl/dharamsalamcleod-ganj-sladami-dalajlamy-cz-2/
http://rajzefiber.com.pl/dharamsalamcleod-ganj-sladami-dalajlamy-cz-1/
http://rajzefiber.com.pl/no-to-jadymy/

2 comments on “Manali

  1. Robert

    Szczerze mówiąc, nie słyszałem o historii tego chłopaka. Trochę poczytałem o tym, i lekko mnie to zmroziło. Tyle razy w Indiach, sam włóczyłem się po wioskach, miastach I szczerze mówiąc nigdy nie myślałem o jakimkolwiek zagrożeniu. No ale zgłębiając się w temat, idzie się dowiedzieć, ze ten region jest specyficzny, i potrafią się tam dziać cuda.

    1. Rajzefiber

      No niestety historia Bruna nie ma happy endu. Nawet jeszcze kilka miesięcy temu temat ten gościł w wielu mediach. W ubiegłym roku sama zaangażowana byłam w poszukiwania. Okolice Manali ze względu na handel narkotykami należą do jednych z najbardziej niebezpiecznych w Indiach.