Powiem szczere, że gdyby nie pewien splot wydarzeń (może tak miało być i nazywa się to „przeznaczeniem”?) nie byłabym zachwycona Waranasi.
Wiem, wiem, Waranasi (Benares) – miasto Śiwy, miejsce kultu religijnego, cel podróży wielu globtroterów, słynna rzeka Ganges, ghaty, czyli kamienne schody prowadzące do tej rzeki, duchowa stolica Indii, niezwykła historia miasta (poczatki datuje się na IX w p.n.e. – Mark Twain napisał: „Benares jest starszy niż historia, starszy niż tradycja, starszy nawet niż legenda i wygląda dwa razy starzej niż wszystkie one razem wzięte.”). Wszystko to prawda. Słysząc te opinie bardzo pragnęłam w końcu tu przyjechać. Jednak… dla mnie zbyt tłoczno, za dużo hałasu, zbyt wielu turystów z całego świata. Spacerując wzdłuż rzeki co chwila padały pytania czy nie chcę wypożyczyć łodzi, czy nie chciałabym czegoś kupić itp. Ta wszechobecna tu komercja jakoś mi nie pasuje, stąd odpowiadając na pytanie o to „naj” miejsce w Indiach, Waranasi nie pojawia się na mojej liście. Ale, ale… Indie dla mnie to przede wszystkim ludzie. A ja do ludzi spotykanych na szlaku mam wyjątkowe szczęście. Tym razem też tak było. Zacznijmy opowieść od początku.
Do Waranasi przyjechałam z New Delhi pociągiem. Nie wiem jak się do tej pory uchowałam w Indiach, ale będac tu po raz czwarty była to moja pierwsza podróż tym środkiem lokomocji. W stolicy miałam jedynie 2,5 godziny na przedostanie się z lotniska do stacji kolejowej. Mega stres, bo przypadało to na wieczorne godziny szczytu komunikacyjnego. Z wyprzedzeniem zorganizowałam sobie kierowcę, który miał mnie sprawnie przechwycić z lotniska i przetransportować przez całe miasto. Najpierw mieliśmy mały problem z odnalezieniem siebie po przylocie, potem mój super driver pomylił stację kolejową i zamiast do Old zawiózł mnie do New Delhi Railway Stadion. W końcu jak usiadłam w moim Brahmaputra Expressie byłam najszczęśliwszą istotą na ziemi. W przypadku spóźnienia, cały mój misterny plan runąłby w gruzach. Zmordowana po przygodach w Delhi i krajowym locie samolotem z innego stanu, zasnęłam w mojej kuszetce jak ta lala.
Nad ranem obudził mnie donośny głos Hindusa non stop nawijającego przez telefon. Wydzierał się jak nie boskie stworzenie i co skończył jedną rozmowę, zaczynał następną. Wokół ludzie jeszcze smacznie spali. W końcu nie wytrzymałam i grzecznie zwróciłam mu uwagę. Przeprosił. No dobra, jak już się obudziłam czas było skorzystać z „ekskluzywnej” toalety w pociągu, przemyć oczka i umyć ząbki. Skumać jak uruchomić kran nie było łatwo, a i system zamykania wc też wymagał rozkminienia tematu W Indiach co krok to nowy „challenge”. Moją stacją docelową był Mughal Sarai, miejscowość położona 22 km od Waranasi, do której to miałam dotrzeć o 11.30. Miałam, ale mój super exspress osiągnął bagatela 5,5 godzinne opóźnienie. Pozbawiło mnie to pół dnia pobytu w świętym miecie. Hindusi zamówili sobie w pociągu lunch, po którym bekali głośno, co jest tu normą. Beknąć jest w dobrym tonie, no i zdrowo. Robią to prości ludzie, damy, biznesmeni, dosłownie wszyscy. Mnie takie sytuacje śmieszą do łez i muszę się nieźle powstrzymywać, by nie wybuchnąć perlistym śmiechem. Pamiętam jak podczas pierwszego pobytu w Indiach wywalałam gały słysząc te dźwięki. No cóż, co kraj to obyczaj. Trzeba to po prostu zaakceptować. Po posiłku zaczęły się rozmowy, zwłaszcza z głośno mówiącym przez telefon mężczyzną. Dhirender, bo tak miał na imię, okazał się area sales managerem w Whirpool’u i nawet był kilka lat temu w Warszawie. Zaoferował mi pomoc w przemieszczeniu się z Mughal Sarai do Waranasi. Jak to stwierdził „my ludzie sprzedaży musimy się wspierać”
Po długiej jeździe motorikszą dotarliśmy do jego biura, stamtąd znajomy Dhirendery odwiózł mnie do guest hause’u motocyklem. Tak więc przed zachodem słońca dotarłam w końcu na miejsce. Pokój był duży, czysty, bez zbędnych wygód, ale za to tani i trzy kroki od ghatu. Właściciel prosił bym nie otwierała jednego z nieokratowanych okien, strasząc mnie wtargnięciem czeredy małp. Taka niespodzianka. Po odświeżeniu się po podróży wyruszyłam na spacer brzegiem Gangesu w poszukiwaniu restauracji, o której wspomniał właściciel mojego lokum.
Dosłownie po paru minutach, gdy dotarłam do ghatu Dashashwamedh natrafiłam na wieczorną ceremonię zwaną „puja”. Zobaczyłam tłum ludzi, którzy uczestniczyli w tym religijnym rytuale. Część osób siedziała na ghacie, część w łodziach na rzece.
Oddawano cześć bogowi Śiwie, Suryi, Agni i bogini Gandze. Modłom towarzyszyły śpiewy, rytmiczne klaskanie, dzwonki, gongi i palący się ogień. Bogom ofiarowywano jedzenie, głównie owoce, ryż, słodycze i mleko oraz mnóstwo kwiatów.
Puję zamyka rytuał zwany „aarati”. Polega on na tym, że odświętnie ubrani mężczyźni, stojący na specjalnych platformach, zwróceni twarzami do Gangesu wykonywali okrężne ruchy ogromnymi, płonącymi lampami (knoty zanurzone są podobno w maśle ghee lub kamforze). Wszystko to przypominało jakiwś show. Wieczorna puja stała się jedną z głównych atrakcji turystycznych tego miasta. Zobaczcie sami:
Po tym niezwykłym widowisku kontynuowałam poszukiwania restauracji. Po drodze kupiłam małe, słodkie bananki i mój ulubiony indyjski owoc gujawę (guawę). Na kolację zamówiłam thali i w efekcie niczego nie tknęłam, no może poza czystym ryżem, który wmusiłam w siebie z rozsądku. Dopadł mnie jakiś kryzys. Cholerne zmęczenie i wszystko rosło mi w ustach. Właściciel zmartwi się, że nic mi nie smakuje, zapakował mi na wynos ćapati, które dnia następnego zjadły święte krowy. Zasnęłam jak kamień i żadna tym razem siła nie zmusiła mnie do pobudki o czwartej, czy piątej rano, jak to się działo w poprzednim tygodniu. Nawet wizja pierwszych promieni słońca nad Gangesem nie odwiodła mnie od błogiego snu po morderczych trudach wojaży… cdn.
Love Varanasi a lot.. recalling my old memories …
Rajib, next time I wish go to Kolkata
Jesteś niesamowita! Jakoś widzę to Twymi oczami.
Lampy, muszle ok – a co to za kudłaty pies, co nim rzucają?
Ja normalna dziewucha jestem
Mówisz o tym „wachlarzu”? Też mnie ten temat fascynuje, podobny „pędzel” widziałam w dźinijskiej świątyni i nie mam bladego pojecia jak to się nazywa. Może ktoś wie?
Podróż takim pociągiem to dopiero frajda chociaż z opisu wynika,że to wyższy sort.Trasa 790 km w 16 godzin to średnia prędkość 50 km/godz.Nie jest to sukces ale za to więcej czasu na podziwianie krajobrazów nocnych i dziennych za oknem.
Świetna fotorelacja z wieczornej ceremonii na ghatach.