No to „JADYMY”!

keep-calm-and-go-to-india-99Minęły dwa tygodnie od powrotu z Kerali, a ja znowu kupiłam bilet do Indii! Pomysł na szóstą już podróż, powstał w trakcie wspólnej wędrówki z Nidhinem (moim przyjacielem fotografem z Koczin), na przełomie stycznia i lutego br. Już jakiś czas temu marzyła mi się daleka północ Indii, a mianowicie Ladakh określany Małym Tybetem oraz piękny Kaszmir. Byłam przekonana, że tego lata nadszedł najlepszy czas na taką wyprawę. Kiedy w pozostałej części Indii leje jak z cebra, ponieważ jest to czas monsunu, tak w krainie położonej pomiędzy pasmem Himalajów, a Karakorum panuje zazwyczaj przyjemna, słoneczna pogoda, a co najważniejsze drogi są przejezdne (sezon trwa krótko, bo zazwyczaj od czerwca do początku września). Żeby zrealizować taką podróż konieczny jest dłuższy urlop, a szansa na otrzymanie go w mojej branży jest największa właśnie podczas polskich miesięcy wakacyjnych. Zapytałam Nidhina, czy chciałby ze mną pojechać, w końcu dla niego to też byłaby egzotyczna podróż, a na północy nigdy jeszcze nie był. Ku mojej radości zgodził się natychmiast, szefowa też zgodziła się na urlop, więc w te pędy, tym razem nie zwracając uwagi na cenę, kupiłam bilet tureckich linii lotniczych do New Delhi (bilety do stolicy są zazwyczaj droższe od tych do Mumbaiu). Zdecydowałam się na termin lotu na 9 lipca, celowo wybierając początek podróży po Ramadanie (Kaszmir zamieszkują głównie muzułmanie).
Przez kilka następnych miesięcy nic w sprawie wyjazdu nie robiłam, aż nadeszła połowa maja, czas na zainteresowanie się załatwieniem kolejnej wizy. Termin ważności bieżącej, półrocznej upływał przed planowanym wyjazdem. W czerwcu zaczęły się intensywne rozmowy z Nidhinem na temat trasy, co chcemy zobaczyć, gdzie się zatrzymać, na jak długo itp. I powiem Wam, że w przeciwieństwie do poprzedniego wyjazdu, tym razem szło nam jak po grudzie. Uważałam, że lepszą wersją byłoby rozpoczęcie wyprawy od Kaszmiru. Można było dostać stosunkowo tani lot do Śrinagaru. Z Kaszmiru była całkiem dobra droga do Leh w Ladakhu, a w ten sposób nie narażeni bylibyśmy na chorobę wysokościową, nie przekraczając pułapu 3500 m n.p.m. Po aklimatyzacji w Leh spokojnie można byłoby wracać drogą lądową przez wysokie przełęcze do Manali, a stamtąd do Delhi. Mój partner jednak uważał odwrotnie. Rysował mi w Google Map coraz to dziwniejsze trasy przejazdu. W końcu oboje poszliśmy na pewnego rodzaju ustępstwa. Kupiłam przez indyjską stronę Cleartrip dwa loty wewnętrzne: N.Delhi – Dharamsala (by skrócić długi czas przejazdu autobusami i odwiedzić miejsce pobytu Dalajlamy na uchodźstwie) oraz powrotny Śrinagar – N. Delhi. W ten sposób zyskaliśmy full czasu na pobyt w Ladakhu i Kaszmirze. Bojąc się drogi w górach z przełęczami ok. 5000 m n.p.m. nalegałam, by pokonywać ją etapami, z przystankami w Manali i Keylong, na co Nidhin przystał bez problemu.

W dużym zarysie planowana trasa podróży, Indie, lipiec 2016

W dużym zarysie planowana trasa podróży, Indie, lipiec 2016

28 czerwca wieczorem odebrałam telefon od mojej przyjaciółki Ewy. Zapytała mnie gdzie mam przesiadkę w drodze do Delhi. „W Stambule” – odpowiedziałam. Na co usłyszałam, że mam włączyć TV. Okazało się, że na międzynarodowym lotnisku Ataturka miał miejsce zamach terrorystyczny. Zginęło 41 osób, a 239 zostało rannych. „No to pięknie” – pomyślałam. Tradycji stało się zadość. Już normą jest, że przed moimi wyjazdami dzieje się coś niedobrego. Druga myśl była taka: „Jeśli to już się wydarzyło, będzie bezpiecznie, kontrole będą wzmożone, ponownie nic złego nie stanie się.”
Do wylotu pozostało już tylko kilka dni, a tu kolejna panika w mediach. W dniu mojego wyjazdu miał się rozpocząć w Warszawie szczyt NATO. Do stolicy mieli przyjechać szefowie państw i rządów, ministrowie spraw zagranicznych oraz ministrowie obrony 28 państw. Media ostrzegały przed utrudnieniami w ruchu w mieście. W nocy z 8 na 9 lipca miał przylecieć samolotem sam prezydent Obama, a więc dokładnie kilka godzin przed moim przyjazdem na Okęcie. Mając wylot ok. godziny 15-tej wolałam nie ryzykować i przebukowałam bilet kolejowy do Warszawy na wcześniejszą godzinę.

Z Hajerem na Festiwalu Podróżników w Bydgoszczy, kwiecień 2014

Z Hajerem na Festiwalu Podróżników w Bydgoszczy, kwiecień 2014

Na Okęciu byłam umówiona z Mieczysławem Bieńkiem, zwanym Hajerem (w gwarze śląskiej znaczy to górnik), moim ukochanym podróżnikiem. Okazało się, że leci on tego samego dnia do Indii, niemalże o tej samej godzinie, tyle, że innymi liniami lotniczymi. Tak naprawdę pierwotny termin jego wyjazdu miał być wcześniejszy, ale nie dostał na czas wizy i zmuszony był przesunąć lot w czasie. Byłam wniebowzięta takim zbiegiem okoliczności. Kilka lat temu z ogromną przyjemnością przeczytałam dwie książki Mietka „Hajer jedzie do Dalajlamy” i „Z Hajerem na kraj Indii”. W tej pierwszej opisywał m.in. swoje przygody na szlaku, który miałam przemierzyć tym razem. Mieciu zamierzał z New Delhi pojechać do Jammu, a stamtąd do Śrinagaru. Po Kaszmirze miał jechać do Ladakhu. Dalej w planach był Tybet po stronie chińskiej, Nepal, a nawet i Pakistan. Trasa miała częściowo pokrywać się z moją, tyle że jechaliśmy w przeciwnym kierunku. Kto zna Hajera, ten wie, że to niesamowity gawędziarz, a uroku jego opowieściom dodaje gwara śląska (koniecznie zajrzyjcie na jego stronę internetową: www.hajer.com.pl). Tak więc na to spotkanie czekałam z niecierpliwością. Ostatni raz widzieliśmy się w Bydgoszczy dwa lata temu, przy okazji festiwalu podróżniczego.

Przede mną było pakowanie plecaka, czego serdecznie nie znoszę. Chcąc nie przesadzić z jego ciężarem staram się zabierać jak najlżejsze rzeczy, np. kosmetyki przekładam do lżejszych i mniejszych pojemników. Korzystam nawet z wagi. Serio! 😀 Tym razem zabrałam ze sobą niemalże wyłącznie stare ubrania, albo nawet takie kupione w second handzie, by po jednokrotnym założeniu wyrzucić je do kosza. W drodze wyjątku na powitanie Indii ubrałam nową koszulkę z napisem Nameste (tradycyjne indyjskie przywitanie). Osiągnęłam wagę plecaka 12 kg. Teraz z perspektywy czasu wiem, że mogłam zabrać mniej rzeczy, ale jak to mówią „mądry Polak po szkodzie”, a ja mam niestety tendencję do tego, że pakuję różne duperele z myślą, że mogą się przydać 😀

Start! Adieu! © Magdalena Brzezińska

„Challo!” jak mawiają Hindusi, co oznacza „Let’s go!” © Magdalena Brzezińska

Spakowana i gotowa na kolejne, indyjskie przygody wyruszyłam z mojego Solca pociągiem. W pociągu miło spędziłam czas na pogawędce z pasażerami z mojego przedziału, szczególnie z pewną miłą panią z Ciechocinka, która obiecała trzymać kciuki za powodzenie wyprawy. Bez problemu i opóźnień dotarłam do Warszawy Zachodniej, a stamtąd kolejnym pociągiem na lotnisko Chopina. Mimo wzmożonych kontroli i większej ilości policji nie miałam najmniejszego kłopotu z dotarciem na Okęcie na czas. Siedząc w hali odlotów na antresoli koło poczty, czekałam na mojego ulu-Bieńka 😉
Widzę, jest! Biegnie z plecakiem, jak zawsze uśmiechnięty. Nie obyło się bez powitalnego „misia”. Oboje nie mogliśmy nadziwić się jaki to zbieg okoliczności, że lecimy w tym samym czasie, w to samo miejsce. „Mieciu – mówię – znając moje szczęście na pewno spotkam Cię na szlaku w Ladakhu!” ”Znając Ciebie na pewno tak!” – odparł. Kilka godzin do odprawy minęły nam jak z bicza strzelił. Uśmiałam się do łez słuchając jak zwykle niezwykłych przygód Hajera. Na pożegnanie zrobiliśmy sobie wspólne selfie. „No to JADYMY!” krzyknął Hajer, a musicie wiedzieć, że to jego ulubione powiedzenie 😀

Spotkanie z Mieczysławem Bieńkiem "Hajerem" na Okęciu, Warszawa, 09.07.2016 r. © Magdalena Brzezińska

JADYMY! Spotkanie z Mieczysławem Bieńkiem „Hajerem” na Okęciu, Warszawa, 09.07.2016 r. © Magdalena Brzezińska

W ekspresowym tempie dotarłam do Turcji. W Stambule nic się złego nie działo. Nie za wiele miałam czasu na przesiadkę, ale na FB zażartowałam a propos niedawnych tam eksplozji, że idę się „rozerwać” w strefie bezcłowej. Taki czarny żarcik 😉
W kolejnym samolocie do Delhi poznałam przesympatycznego Hindusa w średnim wieku, który na stałe mieszkał i pracował w UK. Przegadaliśmy niemalże cały lot. Podobnie jak jego rodacy miał tendencję do zadawania dużej ilości pytań, ale robił to w bardzo powiedziałbym czarujący sposób. M.in. rozmawialiśmy o mojej pracy (dla niewtajemniczonych pracuję w firmie farmaceutycznej). W końcu z grzeczności zapytałam czym się zajmuje zawodowo w Anglii. Uśmiechnął się i odparł: „Myślałem, ze już nigdy nie zadasz mi tego pytania! Hahaha. Jestem lekarzem”. No to pięknie! Nawet na wakacjach nie mogę się uwolnić od towarzystwa doktorów 😀
Nad ranem czasu indyjskiego (tym razem ze względu na czas letni w Europie, różnica wynosiła jedyne 3,5 h) wylądowałam w stolicy Indii. Mój plecak dzięki Bogu wylądował ze mną również. Miałam ochotę ucałować tę indyjską ziemię jak to czynił nasz Papież. Hurrra! Indie! Teraz pozostało już tylko odnaleźć się z Nidhinem, który w podobnym czasie wylądował na krajowym lotnisku lecąc z Koczin. I tu zaczęły się „schody”. Wi-fi dostępne było tylko dla Hindusów, roaming drogi jak diabli. Nie było wyjścia, trzeba było dzwonić. Jak tylko potrafiłam najlepiej opisałam gdzie jestem. No i kiszka… Dwie godziny szukaliśmy się bez skutku, w końcu wpadłam na genialny pomysł podania do telefonu gościa z obsługi lotniska. Pan w hindi wszystko wytłumaczył jak należy. Wyszłam z budynku i już w pierwszej sekundzie poczułam co to znaczy w Indiach czas monsunu. Gorąco, parno, masakra… W końcu widzę, jest, stoi! Pięć długich miesięcy… Radość ze spotkania! Wspólnie przedostaliśmy się na terminal, z którego miał odlecieć około 10.30 nasz samolot do Dharamsali. Jak to często bywa z lokalnymi połączeniami lot był opóźniony. Mnie zaczął morzyć sen. Z apetytem sączyłam pyszną kawę, wylegując się na lotniskowym szezlongu. W końcu zaczęła się odprawa. Samolocik był naprawdę mały, lot koszmarny, bujało jak diabli. Po około półtoragodzinnej podróży wylądowaliśmy na lotnisku Dharamsala-Kangra Airport.
cdn.

6 comments on “No to „JADYMY”!

  1. Robert

    Ledwo po powrocie z Indii kupic bilet na kolejna wyprawe? Myslalem ze tylko ja tak mam haha. Czekam z niecierpliwoscia na ciag dalszy 🙂

    1. Rajzefiber

      Jak do tej pory to u mnie była taka norma, ostatnie 4 razy co pół roku 😀

  2. Jozi

    Pasjonująca i pouczająca ta relacja.Przygoda to Twoje hobby więc musi być „pod górkę” ….czasami.Czekam na ciąg dalszy.

  3. cornelya

    Kochana, no jesteś wielka w tym drobnym ciele 😉 Niedościgniona dla mnie małej w ciele odwrotnie proporcjonalnym :-P. Zmęczyłam się Twoim startem. Jakże miło jest towarzyszyć Ci w podróży z pozycji horyzontalnej, wspartą o miękkie podusie.WIELKI SZACUNEK, podążam dalej.